Wspomnienia nauczycieli

    Ksiądz Kazimierz Orkusz

Miałem okazję rozmawiać z księdzem Orkuszem w 2004 r. na temat zjazdu. Wyraźnie wzruszony prosił o pozdrowienie całej społeczności naszego liceum. Stan zdrowia nie pozwalał księdzu na przybycie z Gdańska na spotkanie w murach szkoły. W 2006 roku skończył 100 lat, niestety zmarł w październiku tegoż roku.

 

Mam opisać, jak zaczęło się organizowanie gimnazjum w Koźlu po wojnie w 1945 roku. Nie jest to obecnie zadanie łatwe. Od tych czasów minęło przecież czterdzieści lat. Wiele spraw zatarło się w pamięci. Mogę więc podjąć się opisać to, co w mojej pamięci mocniej się utrwaliło i w czym osobiście brałem udział.

Siódmego maja 1945 roku wyjechałem transportem kolejowym z całą moją parafią spod Lwowa. W szalonym tempie zajechaliśmy do Bytomia. Wieźli nas szerokotorową koleją kolejarze sowieccy i pewnie chcieli wykonać swoje zadanie przedterminowo, zgodnie z zasadą stachanowską. W Bytomiu w takimże tempie przeładowano nas z wagonów krytych na węglarki. W tych węglarkach wędrowaliśmy dość długo, bo do Kędzierzyna dotarliśmy dopiero 20 maja. Przez ten czas deszcz codziennie zlewał nas obficie i studził nerwy, rozklekotane długim, męczącym i bezcelowym podróżowaniem. Przemoczone były nasze bagaże, przemoczeni i zmarznięci byliśmy wszyscy. W Kędzierzynie, na peronie rozpalono liczne ogniska, przy których staraliśmy się zagrzać i wysuszyć nasze przemoczone ubrania. Wnet na peronie zjawiło się kilku chłopców z orzełkami na czapkach. Przysiedli przy ogniskach i wydawało się, że też chcą się ogrzać. Nie zwracaliśmy na nich uwagi. Po chwili owi chłopcy ulotnili się, a nasze ogniska zaczęły wylatywać w powietrze. Okazało się, że byli to niemieccy dywersanci. Powkładali w ogniska petardy i zwiali. Tak nas przywitał Śląsk.

W Kędzierzynie staliśmy cały tydzień. Władze usiłowały wysłać nas dalej na zachód, lecz ludzie nie chcieli dalej jechać i przez tydzień w tej sprawie toczyły się spory. Po tygodniu przetoczono nasz pociąg do Koźla. Na stacji kozielskiej też mieszkaliśmy w naszych węglarkach cały tydzień. Prowadziliśmy tu koczownicze życie. Posiłki gotowano w kotłach zawieszonych nad ogniskami, których długi szereg rozpalono wzdłuż peronu.

Ja z tego tytułu, że byłem głównym konwojentem transportu, miałem przywilej korzystania z każdego kotła. Naturalnie korzystałem z tego, w którym zauważyłem lepsze kąski. Pewnego dnia, gdy tak posilałem się, zajadając z jakiegoś sagana ziemniaki mocno okraszone skwarkami i popijając zsiadłym mlekiem, zobaczyłem znajomego człowieka, który siedział na przydworcowym parkanie i przyglądał się nam. Był to pan Michał Hajdun, zawodowy woźny szkolny, przed wojną pełnił tę funkcję w VIII Gimnazjum we Lwowie, a podczas niemieckiej okupacji pracował w młynie w mojej parafii.

Podszedłem do niego i spytałem, co tu robi? On odpowiedział, że przyjechał wcześniej i już pracuje w swoim zawodzie, bo jest woźnym w kozielskim gimnazjum. Spytałem więc, czy w tym gimnazjum księdza nie trzeba? Pan Hajdun odpowiedział z całą powagą: „Rozpatrzymy to z dyrektorem”.

Jakoż rozpatrzyli i dnia następnego przyniósł mi pan Hajdun odpowiedź, że jeżeli chcę, to mogę zgłosić się u dyrektora. Byłem tutaj na obcym terenie i nie miałem prawa prowadzić duszpasterstwa z moimi parafianami. Stałem się więc bezrobotnym księdzem, a że nie miałem nic lepszego do roboty, poszedłem i zgłosiłem się u dyrektora.

Tak się dla mnie zaczęło życie w Koźlu. Spotkanie z dyrektorem było też „sui generis”[1]. Dyrektor dr Wojciech Czerwiński, gdy mnie zobaczył ubrudzonego, osmolonego, od dwóch tygodni nie -golonego, w jakimś brudnym, podartym prochowcu, zmierzył mnie „od stóp do głów”. W oczach jego wyczytałem wielką wątpliwość, czy ma przed sobą rzeczywistego księdza. Zaczął nawet ze mną jakiś dyskurs na temat teologiczny. Gdy upewnił się, że jestem „sprawiedliwym” księdzem, zaczął mówić o swoich kłopotach. Opowiadał, że znalazł się w bardzo nieprzyjemnej sytuacji. Kuratorium nagliło, by rozpoczynał naukę, a tymczasem on nie miał z kim zaczynać. Nie było jeszcze młodzieży. Niemcy ewakuowali ludność z obawy przed zbliżającym się frontem i w tym czasie Ślązacy jeszcze nie zdążyli wrócić do swoich domostw. Repatrianci też jeszcze nie napłynęli. Większość domów w mieście i okolicy świeciła pustkami.

Gdy dyrektor skończył utyskiwania, poprosiłem go o kawałek papieru i coś do pisania. Dał mi to, o co prosiłem, ale znów spojrzał na mnie jak na dziwaka. A ja z tym papierem obszedłem wszystkie wagony naszego pociągu i spisałem młodzież, która nadawałaby się do gimnazjum. Następnego dnia kazałem tej młodzieży zabrać stołeczki i poprowadziłem do szkoły, w której nie było jeszcze ławek. Niemcy urządzili w niej szpital wojskowy, a sprzęty szkolne zostały zniszczone lub wywiezione do okolicznych wiosek.

Gdy dyrektor ujrzał ten repatriancki zastęp liczący kilkunastu chłopców, ucieszył się bardzo. Dołączył ich do zapisanej już garstki Ślązaków i z tej grupy, liczącej ok, 50. uczniów utworzył dwa oddziały. Ponieważ w tym czasie oczyszczonych już było kilka sal, w połowie czerwca rozpoczęliśmy z tymi grupami kurs repolonizacyjny. Uczyliśmy we trójkę, bo oprócz dyrektora i mnie był jeszcze pan Tadeusz Ślósarz, który do Koźla przybył razem z dyrektorem.

Tak się dla mnie szczęśliwie złożyło, że kierownikiem biura mieszkaniowego był w tym czasie też znajomy magister prawa, który za okupacji pracował z p. Hajdunem we wspomnianym młynie. Przydzielił mi mieszkanie przy ulicy Piastowskiej nr 44, która wtedy nazywała się jeszcze ul. Kolejową. Chociaż mieszkanie to znajdowało się wysoko, bo na trzecim piętrze, to jednak z wielką przyjemnością przeniosłem się tam z węglarki.

Parafianie moi też mieli dość podróżowania w węglarkach i zdecydowali się tymczasowo zamieszkać w Większycach, w pustych jeszcze domach.

W szkole tymczasem staraliśmy się o zdobycie jakiś niezbędnych dla uczniów sprzętów.

Najwięcej zasłużył się w tej dziedzinie p. Hajdun. Zawyrokował, że szanująca się szkoła musi mieć fortepian, bo przy czym będzie się ćwiczyć śpiew na różne uroczystości szkolne? Wytropił nawet porządny jeszcze instrument w opuszczonym domu poniemieckim i planował dostarczyć go szkole następnego dnia. Tak się złożyło, że ten sam fortepian zauważyli też żołnierze sowieccy i postanowili wyszabrować go tegoż dnia. P. Hajdun jednak wcześniej przyszedł ze swoimi ludźmi i wyniósł instrument. Spóźnieni żołnierze ścigali naszych, ale doścignąć nie zdołali, tylko posłali za nimi kilka serii z automatu. Na szczęście nic się nikomu nie stało. P. Hajdun triumfalnie wniósł swoją zdobycz do auli szkolnej a owe serie zaliczyliśmy na poczet salwy honorowej przyszłej „przyjaźni polsko-sowieckiej”.

W tym okresie przeżywaliśmy różne wydarzenia poza szkołą, a że jakoś rzutowały na sprawy szkolne, o nich wspominam.

Piątego lipca komendantura sowiecka przekazała władzę urzędom polskim. Pożegnaliśmy odchodzące wojska radzieckie, a dziewiątego lipca powitaliśmy wojsko polskie, które w liczbie jednego dywizjonu na stałe przybyło do Koźla.

Tymczasem kurs repolonizacyjny dobiegał końca, a ja nie miałem jeszcze zatwierdzenia władz szkolnych na nauczyciela w państwowej szkole. Z tym zatwierdzeniem miałem trochę kłopotu. Kuratorium żądało ode mnie misji kanonicznej, czyli upoważnienia do nauczania religii, wydanego przez kompetentną władzę kościelną. W tym czasie Opolszczyzna nie miała jeszcze własnej władzy kościelnej. Przed wojną bowiem pod względem administracji kościelnej podlegała biskupowi wrocławskiemu. W roku 1945 biskupem wrocławskim był kardynał Bertram, ale był on niedostępny – nie pamiętam już dlaczego. Nie było więc na tym terenie odpowiedniej władzy kościelnej, która mogła wystawić mi misję kanoniczną.

Z kłopotu tego wybawił mnie kozielski proboszcz ks. Breitkopf[2]. Jako dziekan miał prawo upoważnić kogoś do nauczania religii na swoim terenie. On też wystawił mi tymczasową misję kanoniczną, którą kuratorium uznało za wystarczającą.

Po uzyskaniu tego dokumentu, dyrektor Czerwiński zawiózł mnie do kuratorium w Katowicach, gdzie wreszcie otrzymałem zatwierdzenie na nauczyciela religii w gimnazjum kozielskim. Dokument ten, wydany 18 lipca 1945r., posiadam do dziś, a stwierdza on, że od 15 czerwca 1945r. pełniłem obowiązki nauczyciela religii w gimnazjum kozielskim.

W tymże kuratorium dyrektor Czerwiński zgłosił moją kandydaturę na swego zastępcę.

Wkrótce z tego skorzystał i po ukończeniu kursu zdał mi władzę w gimnazjum, a sam wyjechał na urlop, gdyż był to czas wakacyjny i czas żniw, a on miał posiadłość ziemską w okolicach Umyślenia. Wyjechał też p. Tadeusz Slósarz na miodobranie w rodzinnej miejscowości. W Koźlu z personelu szkolnego zostałem więc tylko ja z p. Hajdunem.

Choć rządy nasze wypadły na „sezon ogórkowy”, to jednak nie były nieproduktywne.

  1. Hajdun nawiązał zaraz kontakt z wojskiem polskim. Wypożyczono mu kilka samochodów i z polskimi żołnierzami zwiózł resztę ławek i innego sprzętu szkolnego z sąsiednich wiosek.

Ja w tym czasie przyjąłem do gimnazjum sporo młodzieży, która ustawicznie napływała ze wschodu i zachodu. Ze wschodu tj. ze Lwowa przybyła do Koźla także w tym czasie P. Jorkaschowa, którą przyjąłem do pracy w naszej szkole.

Prędko kończyły się wakacje, a z nimi kończyła się moja władza w gimnazjum. Wrócił dyrektor, odebrał mi rządy i zapędził do roboty.

Nowy rok szkolny 1945/46 rozpoczął się normalnie. Mieliśmy już pełne gimnazjum i liceum. Dyrektor dał mi sporo roboty, bo zlecił mi oprócz religii, nauczanie matematyki i łaciny w klasach niższych oraz geografię w klasach wszystkich. Wymawiałem się twierdząc, że nie mam kwalifikacji. Dyrektor wtedy zapytał mnie: „Czy dyplom magistra teologii otrzymał ksiądz z awansu społecznego? Bo widziałem, że został on wydany przez Uniwersytet Jana Kazimierza we Lwowie. Zapewne ksiądz wie, że taki dyplom uniwersytecki upoważnia akademika do samodzielnej pracy naukowej. W naszej obecnej sytuacji, gdy brak jest nauczycieli, dyplom ten nie tylko upoważnia, ale też zobowiązuje!”.

Na takie dictum dyrektora nie znalazłem odpowiedzi i zabrałem się do powierzonej mi roboty.

Praca szkolna w tym czasie była przyjemna. Młodzież była dobrze przygotowana, a co najważniejsze – chętnie garnęła się do nauki. Z czasem przybywali nowi nauczyciele i obejmowali wakujące przedmioty.

Przybyła P. Mudrykówna i odebrała mi łacinę. Zjawił się jakiś matematyk i uwolnił mnie od tego przedmiotu. Przy geografii pozostałem we wszystkich klasach do końca mego pobytu w tym gimnazjum. Na Zaduszki 1945r. dyrektor też wyjechał w swoje rodzinne strony i znów przekazał mi władzę. W tym czasie – było to pierwszego lub drugiego listopada – zjawił się w moim mieszkaniu starszy pan w towarzystwie młodszego, obaj objuczeni podróżnymi sakwami. Był to pan Józef Balwirczak, który w towarzystwie syna przyjechał do Koźla w poszukiwaniu pracy. Otóż i pana Balwirczaka przyjmowałem do pracy w gimnazjum kozielskim.

Od czasu do czasu w tym okresie odwiedzały Koźle wędrowne teatry, wystawiając różne sztuki. Oglądaliśmy też „Halkę” Moniuszki, odegraną przez Operę Bytomską. Społeczności kozielskiej bardzo się spodobała. Po tej operze orzekliśmy z dyrektorem, że wypada, by nasze gimnazjum też złożyło jakąś ofiarę na ołtarzu Melpomeny.

Ze względu jednak na trudne warunki finansowe szkoły nikt z grona nauczycielskiego nie chciał podjąć się takiej pracy, bo uważano, że jest ona niemożliwa do wykonania.

Mimo tych trudności ja pierwszy oświadczyłem dyrektorowi, że podejmuję się i mam zamiar wystawić „Jasełka” według tekstu Lucjana Rydla. Uzyskawszy zgodę dyrektora, zabrałem się do realizowania mojego zamiaru.

Młodzież bardzo chętnie podzieliła się rolami i opanowała je znakomicie. Reżyserowałem sam. Wnet wyłoniły się problemy i to trudne np. nie mieliśmy odpowiednich strojów. Mawiali praktyczni starożytni: „est modus in rebus”[3]. Ten modus znalazł się w „Kole Rodzicielskim”. Pomogły panie. Zajęła się tym matka Ryszarda Stolfa, pani Stefania Stolfowa i razem z panią Eugenią Kotowiczową sporządziły z koców, prześcieradeł i różnych szmatek tak udane kostiumy, że posądzano nas, iż wypożyczyliśmy je w teatrze.

Potrzebne były także zbroje dla żołnierzy rzymskich. Te znów w mistrzowski sposób skonstruował z tektury i sobie tylko znanych materiałów Marian Szabunio tak, że wyglądały jak prawdziwe.

Trzeci problem stanowiła orkiestra. Potrzebny był akompaniament dla kolęd i pastorałek jasełkowych. Miałem do nich nuty jeszcze z czasów kleryckich i sam zorganizowałem orkiestrę. Pamiętam jeszcze uczniów, którzy grali w tej orkiestrze byli to bracia Zabiegowie Jerzy i Janusz, bracia Derejowie Wiesław i Waldemar, Franciszek Koszynski, Kampa.

Problemem czwartym okazała się scena. I tę zbudowaliśmy w auli sposobem społecznym. Kulisy i wszelkie dekoracje projektował p. Balwirczak, bo był nie tylko polonistą, ale też artystą malarzem. Wykonał je przy pomocy bardzo uzdolnionego rysownika Artura Paribka.

Odegraliśmy więc te „Jasełka”. Wypadły wspaniale. Zrobiliśmy furorę. Opinia publiczna przyznała nam drugie miejsce po „Halce” wśród dotychczas wystawionych w Koźlu sztuk scenicznych. P. Balwirczak zachęcony naszym sukcesem, zagarnął moich aktorów i wystawił śląską sztukę „Józef Lompa”.

Po nim monopol sceniczny w całości przejęła p. Jorkaschowa. W okresie swojej pracy w gimnazjum kozielskim przygotowała wiele przedstawień. Ona też pierwsza stworzyła dobry czterogłosowy chór mieszany, który uświetniał uroczystości szkolne i występował też poza szkołą, a pracę w tej dziedzinie umożliwiał jej zdobyty przez p. Hajduna fortepian.

Jeśli chodzi jeszcze o mnie, to oprócz przedpołudni, miałem jeszcze lekcje na wieczorowych kursach dla dorosłych. W tym czasie prawie całe społeczeństwo kozielskie dokształcało się. Utworzono kursy dla urzędników, wojskowych, milicji i urzędników UB. Na wszystkich kursach wykładałem geografię, a także logikę. Umowy o zatrudnienie na tych kursach posiadam do dziś.

Skreślone wspomnienia dotyczą tylko mojego osobistego udziału w organizowaniu kozielskiego gimnazjum i pracy w tej szkole. O należyte funkcjonowanie szkoły troszczył się dyrektor dr Wojciech Czerwiński. Dbał o wszystko, kierował wszystkim, pomagał, doradzał, zachęcał, wspierał finansowo w granicach ówczesnych możliwości. Był duszą i sercem szkoły.

Sercem, bo pracował nie dla kariery czy sławy, lecz dla młodzieży. Był duszą, bo ożywiał wszelkie poczynania swoją niestrudzoną inicjatywą. On kochał młodzież i na tym polegała jego wielkość. Organizowanie szkoły po zniszczeniach wojennych było trudne. Nie mieliśmy ławek, podręczników, nawet nie było na czym pisać. Pracowaliśmy jednak z zapałem i pomogliśmy naszym następcom, doprowadzić szkołę do rozkwitu, jakim obecnie się szczyci.

A my, za nasz pionierski trud też zostaliśmy wyróżnieni – i to sposobem łatwym i zwyczajnym – ot, przez „kopniaczki”. Dyrektor Wojciech Czerwiński otrzymał go w 1948 roku, a ja w listopadzie roku następnego. Wojciech Czerwiński tego „odznaczenia” nie przeżył, ja jakoś wałęsam się jeszcze po świecie.

Po tym wszystkim przychodziła mi na myśl maksyma starożytnego mędrca, który mawiał: „Sic transit gloria mundi!”[4]. Myślałem też często o naszym rodzimym porzekadle, iż taki los snadnie każdemu przygodzić się może.

Takie to są moje wspomnienia o organizowaniu gimnazjum kozielskiego. Czy są one ciekawe? Sami osądźcie!

Ks. mgr Kazimierz Orkusz

 

[4] Z łaciny: „Tak mija chwała świata” (dop. red.).

 

      Helena Maria Hlond

Od 1960 roku siostra Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Spisane wspomnienia przekazała szkole przyjaciółka siostry, absolwentka z 1950 Hanna Jurasz-Wajman. Siostra Helena mieszka w Warszawie. Po rozmowie telefonicznej zgodziła się, by uzupełnić wspomnienia.

Początki polskiego gimnazjum w Koźlu

Po przyłączeniu do Polski po drugiej wojnie światowej – w roku 1945 – tak zwanych wtedy „Ziem Odzyskanych”, pierwszym dyrektorem i organizatorem polskiego gimnazjum w Koźlu został dr Wojciech Czerwiński. Był to człowiek wyjątkowych walorów. Wszechstronnie wykształcony, uczciwy i skromny, pracowity, wielki polski patriota, o wysokich walorach moralnych i religijny. Pochodził z rodziny ziemiańskiej z południowych stron województwa krakowskiego. W okresie międzywojennym był nauczycielem gimnazjalnym w Tarnowskich Górach na Górnym Śląsku, aby pomóc w polonizacji młodzieży tych ziem, które przez długie wieki były pod okupacją germańską. W czasie drugiej wojny światowej pracował aktywnie w podziemnej organizacji AK jako oficer, a podczas pacyfikacji niemieckiej ziem, na których przebywał, w sposób cudowny uratował się przed germańskimi kulami, nurkując przez długi czas w głębokiej rzece. Zaraz po zakończeniu działań wojennych zgłosił się do kuratorium w Katowicach, aby zacząć pracę nauczycielską w jakimś poniemieckim gimnazjum. Wyznaczono mu Koźle. Gdy tam w trudnych warunkach komunikacyjnych przybył, zastał budynek gimnazjalny pusty, zaś wszystkie szkolne meble powyrzucane na zewnątrz przez koczujące tam wcześniej jakieś oddziały wojskowe. Wtedy zgłosił się do niego przybyły też z Polski jakiś mężczyzna z rodziną, t.j. z żoną, i dwojgiem dzieci z propozycją objęcia funkcji woźnego w nowo organizowanym polskim gimnazjum i zamieszkania w nim razem z rodziną. (Nazwiska tego woźnego już nie pamiętam)[5]. Dr Czerwiński zgodził się i obaj panowie własnoręcznie zbierali na zewnątrz wszystkie powyrzucane ze szkoły meble, wnosili je do budynku szkolnego i urządzali sale lekcyjne, a także internat i kuchnię ze stołówką. Żona woźnego została kucharką, a w piwnicy organizowanego internatu postanowiono hodować prosiaki do zaplanowanej stołówki.

Wówczas dr Czerwiński znów wrócił na ziemię krakowska, aby sprowadzić swoją narzeczoną do grona nauczycielskiego i zdobyć jakieś polskie podręczniki. Gdy wrócił z niewielką ilością książek szkolnych, zastał w Koźlu budynek gimnazjalny na nowo pusty. Jakaś kolejna grupa wojskowych, zmierzająca na zachód, ponownie powyrzucała z sal szkolnych wszystkie meble, aby móc w tych salach przez krótki czas nocować. I po raz drugi nowy dyrektor gimnazjum wraz za swoim woźnym, kolejno zbierali ze wszystkich stron (w dużej części połamane) szkolne ławki, stoły i szafy, aby nimi kolejno urządzić polskie gimnazjum. Woźny jak mógł, naprawiał te zdewastowane meble.

Wtedy też dyrektor umieścił na drzwiach gimnazjum kartkę z ogłoszeniem przyjęć do szkoły. Czekał na pierwszych uczniów.

Narzeczona dr. Czerwińskiego nazywała się Stanisława Mudryk. Pochodziła z Przemyśla, w okresie międzywojennym studiowała język łaciński we Lwowie. W czasie drugiej wojny światowej znalazła się w Krakowie i była kierowniczką dużego domu noclegowego (róg ul. Śląskiej i Lubelskiej), gdzie mieszkali stłoczeni rożni uciekinierzy lub wysiedleńcy ze wszystkich stron, także ukrywający się przed Niemcami Żydzi. W tymże domu noclegowym chronili się też uciekinierzy z ziem polskich, włączonych w czasie wojny do III Rzeszy, aby się uniknąć deportacji do niemieckich fabryk amunicji (w tym także i ja, pisząca te wspomnienia). Kierowniczka Mudryk miała jeden pokój-kancelarię do którego wzięła lokatora i w którym to jedynym „urzędowym” pokoju udzielała potajemnie lekcji łaciny grupom czteroosobowym, w podziemnym – surowo zakazanym – gimnazjum. Wymagania tej podziemnej szkoły były wysokie, a każdy przedmiot nauczania odbywał się (poza wspomnianym domem noclegowym) w prywatnych mieszkaniach nauczycieli (przeważnie kobiet) poszczególnych przedmiotów. Który z uczniów mógł, coś wpłacał za tę naukę, ale ja nie płaciłam nic, bo nie miałam nawet na najskromniejsze życie. Maturę składaliśmy wszyscy w sierpniu 1945 roku, w klasztornej sali sióstr przy ul. Grodzkiej w Krakowie, bo z zakończeniem wojny okazało się, że jest nas bardzo dużo, ale zabraną nam przez Niemców szkolę – zajęło zaraz wojsko polskie. Po tej maturze (wcale niełatwej), pani Mudryk pojechała – jako druga nauczycielka – do nowego gimnazjum polskiego w Koźlu, o czym wcześniej wspomniałam. Niebawem też zgłosił się trzeci nauczyciel (już nie pamiętam jak sią nazywał. Ślusarz czy Ślusarczyk?)[6] i wszyscy zamieszkali w willi gimnazjalnej. Wkrótce zgłosiła się tez czwarta nauczycielka, pani Aftarczuk, która wraz z matką przybyła z Polski i zamieszkała na terenie miasta Koźla. Nikt wtedy nie pytał o pieniądze, których nie było, ale wszyscy czworo zabrali się z zapałem do nauczania młodzieży „mieszanej”, bo zgłaszali się do nowego gimnazjum młodzi przybyli z Polski, a także miejscowi Niemcy (tych uczono intensywnie języka polskiego). Przeważnie były to półsieroty, których ojcowie nie wrócili z wojny. Duża część pochodziła z okolicznych miasteczek i wiosek, a że nie było wtedy żadnych środków lokomocji, zamieszkiwali w szkolnym internacie, żona dozorcy gimnazjum gotowała dla wszystkich posiłki, w których brali korzystali nauczyciele i kto tylko się zjawił. Opłat za internat nie było, ale jego mieszkańcy od czasu do czasu (szczególnie z okolicznych wsi) szli do domu i przynosili do stokówki – kto co mógł: chleby, kasze, czasem jakiś tłuszcz czy mięso, ser domowy, mleko. Wszystko to było zapisywane w specjalnej księdze przychodów.

Sytuacja żywieniowa nieco się poprawiła, gdy władze zaczęły rozprowadzać paczki żywnościowe z pozostałości wojennych wojsk amerykańskich, tzw. UNRA. Wśród tych przydziałów były też soki owocowe w litrowych kartonach.

Po roku ta czwórka nauczycieli powiększyła się jeszcze o jednego, kuzyna owego Ślusarza (czy Ślusarczyka?), który przybył – zwolniony z niemieckiego oficerskiego obozu – oflagu i też zamieszkał w gimnazjalnej willi.

Wszyscy uczyli z zapałem od świtu do nocy. Brakowało im tylko sekretarki, na którą zresztą, nie było pieniędzy.

Wtedy zaczęłam to jeździć do Koźla w niektóre soboty i niedziele ja, wówczas studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Podróżowanie to odbywało się dorywczymi samochodami wojskowymi – ciężarowymi, które mnie (za darmo) zabierały z placu obok teatru Słowackiego, wraz z rożnymi paczkami i powracającymi ze wschodniego frontu żołnierzami, a kierowały się w tamtym kierunku. Najczęściej ta sobotnia podróż odbywała się odcinkami, od jednej miejscowości do drugiej, aby pod wieczór w sobotę przybyć wreszcie do Koźla. Gdy zaczęły już kursować pociągi, bez szyb i nieopalane, z nich korzystałam.

W Koźlu, w gimnazjum, do późnej nieraz nocy pisałam na maszynie różne sprawozdania dla władz lub zaświadczenia, pod dyktando dyrektora lub jego żony. W lecie bowiem 1946 roku dr Wojciech Czerwiński wziął kościelny ślub ze Stanisławą Mudryk, w swojej rodzinnej krakowskiej miejscowości i powrócili już po wakacjach do Koźla jako małżeństwo. Dalej mieszkał (oprócz pani Aftarczuk) z pozostałymi nauczycielami w dyrektorskiej, gimnazjalnej willi. Tam też miały miejsce pierwsze uroczystości maturalne, kiedy to po wspólnej kolacji – przygrywałam młodym maturzystom do tańca na pianinie, W roku 1947 przyszła na świat pierwsza i jedyna córeczka państwa Czerwińskich, Teresa, ochrzczona w miejskim kościele. Byłam jej chrzestną matką. (A może to był rok 1948? ).

Krótko po narodzinach dziecka – pani Stanisława Czerwińska zachorowała ciężko na nieustający krwotok i znalazła się w miejscowym szpitalu. Trzeba było koniecznie robić jej transfuzję, ale szpital nie posiadał żadnych instrumentów do badań krwi. Wówczas w jednym dniu pojechałam do Krakowa (tam i z powrotem) i w kolejowej przychodni lekarskiej otrzymałam (znów za darmo) wszelkie potrzebne przybory do transfuzji. Życie matki małej Tereski w kozielskim szpitalu zostało uratowane. Po dłuższym leczeniu w szpitalu Stanisława Czerwińska. Wróciła do gimnazjum i uczyła dalej, a dzieckiem zajęła sią dochodząca miejscowa opiekunka.

Praca w gimnazjum się rozwijała. Zdobyto w Katowicach blankiety legitymacji szkolnych i temu, kto z uczniów zdołał gdzieś zrobić sobie odpowiednią fotografię, wystawiałam pierwszą w tym gimnazjum legitymację szkolną.

Wieczorami dowożono z Kędzierzyna, samochodami ciężarowymi kandydatów na polskich oficerów, którzy w Koźlu byli przygotowywani do matury, bo choć propagowano nabór polskich oficerów hasłem: „Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”, to jednak szybko się okazało, że ta matura jest im jednak bardzo potrzebna.

Ponieważ dalej nie wydawano oficjalnie żadnych podręczników szkolnych (bowiem przygotowywano „nowe” o komunistycznej treści) – chodziłam (dalej studiując w Krakowie) głównie na Plac Szczepański, gdzie można było prywatnie kupić za niewielkie pieniądze, od przygodnych sprzedawców, przedwojenne podręczniki i za każdym wyjazdem do Koźla – tam je zawoziłam, Szczególnie od roku 1948 rozpoczęła sią ostra „reorganizacja” szkolnictwa polskiego (także uniwersyteckiego). A ponieważ duch nauczania gimnazjum w Koźlu nie odpowiadał „jedynie słusznemu i postępowemu duchowi nauki komunistycznej”, odwołano z pracy dr. Wojciecha i jego żonę Stanisławę i musieli oni wyjechać z Koźla.

Po długich staraniach dr Czerwiński otrzymał znowu pracę w Mysłowicach – na pól etatu, bo brakowało tam nauczycieli w gimnazjum, zaś jego żona wraz z dzieckiem otrzymała „pozwolenie na zamieszkanie” w Rabce i tam, też na pół etatu, była wychowawczynią wśród chorych dzieci w sanatorium. Dopiero po 2 latach – znowu z powodu braku nauczycieli gimnazjalnych – mogła połączyć się z mężem w Mysłowicach, ucząc młodzież nadal na pół etatu.

Tyle pamiętam z okresu wyjazdów do Koźla.

Siostra mgr Helena Maria Hlond

     Helena Raksimowicz

– nauczycielka języka polskiego. W kozielskim liceum uczyła od 1 grudnia 1945 roku do 31 sierpnia 1947 roku. Wspomnienia spisane zostały w kwietniu 1985 roku. R. Pacułt.

Serdeczne spotkanie z klasą II-a, III a po czterdziestu latach (Zjazd 27.IV.-29.IV.1985)

Kochani, dziękuję Wam za zaproszenie na Zjazd, za serdeczne przyjęcie, za przeżyte wzruszenia. Cieszę się, że jest Was tak wielu, że aż 22 uczniów z mojej drogiej II a, III a mogłam tu spotkać.

Kiedy w styczniu b.r. otrzymałam list od pana Wiesława Dereja, ucieszyłam się ogromnie perspektywą uroczystości jubileuszowej.

Z żalem jednak pomyślałam, że Was nie poznam, bo przecież przez te 40 lat zmieniliście się ogromnie. Równocześnie uświadomiłam sobie, że w pamięci zachowałam nie tylko nazwiska i twarze koleżanek i kolegów- nauczycieli z lat 1945-1947, ale również niektóre sytuacje z pracy w szkole.

Dzisiaj chcę z wami na tej naszej niecodziennej lekcji „mówić” o Nich, o tych, którzy tuż po wojnie na ziemiach Polsce zwróconych zaczęli nauczanie polskiej młodzieży w polskim gimnazjum, tu w tych murach właśnie.

Pamiętamy wszyscy piękną postać doktora Wojciecha Czerwińskiego, dyrektora naszej szkoły, erudyty o głębokiej, wszechstronnej wiedzy, wspaniałego człowieka o wielkim sercu, szlachetnym charakterze, pioniera szkolnictwa średniego w Koźlu. Pedagog z powołania, po ojcowsku traktował uczniów sobie powierzonych, serdecznie odnosił się do pracowników szkoły. Może dzięki temu panował tu ład i porządek przy ciepłej, przyjacielskiej atmosferze. Doktor Wojciech Czerwiński był żarliwym patriotą, człowiekiem nieprzeciętnym, szanowaliśmy go więc ogromnie z całym oddaniem.

Prawą ręką dyrektora przy organizowaniu szkoły był ksiądz Kazimierz Orkusz, który wykładał nie tylko historię Kościoła, dogmatykę i etykę, ale w razie konieczności uczył innych przedmiotów ( historia, łacina ) (…)

Serce pana Wojciecha zagarnęła niepodzielnie pani Stanisława Mudryk, magister filologii klasycznej, energiczna i pewna siebie (…) niewiasta, należąca do tych, które wiedzą, czego chcą! Szczupła, średniego wzrostu, szatynka nosiła się sportowo z angielska, co dodawało jej szyku, a ujmowało lat.

Podobno była bardzo dobrą nauczycielką języka łacińskiego. Czy była równie dobrym pedagogiem, to wy możecie dzisiaj z perspektywy lat ocenić. Wkrótce Dyrektorstwu urodziła się córeczka, którą opiekowała się kwalifikowana pielęgniarka (zawsze w białym fartuchu i koniecznie z maseczką z gazy na ustach).

Przyjacielem rodziny (Czerwińskich – R.P.) był matematyk, Tadeusz Ślósarz, przemiły, niezwykle skromny o ujmującym uśmiechu pan ( chyba po trzydziestce ). Niedbałość stroju przydawała mu swoistego uroku. Był ulubieńcem młodzieży, która widziała w nim swego sojusznika i druha. Miał również wielu przyjaciół wśród nauczycieli.

Piosenka śliczna o „fiołeczku leśnym”, który się zbyt późno rozwinął, kojarzy mi się z p. Eleonorą Jorkasz, która wtedy już „lat minęła południe”. Była nauczycielką śpiewu, prowadziła chór, którego repertuar uświetniał szkolne uroczystości. Pani Eleonora opiekowała się swoją bratanicą Hanką Dlugoszówną, uroczą dziewczyną z grubymi, złotymi warkoczami, uczennicą naszego gimnazjum.

Powszechną sympatią grona cieszył się pan Marcin Olejniczak, ostrzyżony na jeża, z piwnymi, wesołymi oczyma, często i łatwo śmiejący się(miał piękne zęby), uczył wf, śpiewu, rysunku. Był młodym żonkosiem nie pierwszej młodości. Martwił się głośno o to swoje małżeństwo i jego efekty. Wtajemniczeni wiedzieli, że czasem wymykał się z lekcji w pogoni za krwistą wątróbką, która, jak zapewniał w pokoju nauczycielskim ku uciesze nas wszystkich, spożyta w stanie surowym miała przywracać tężyznę fizyczną.

Życzliwi panu Marcinowi bardzośmy pragnęli, żeby ta „terapia wątróbkowa” przyniosła realne rezultaty.

Czy przyniosła?- pytacie. Nie wiem, bo państwo Olejniczakowie wkrótce opuścili Koźle, zresztą ja też.

W mej pamięci pozostaje skromna, niewielkiego wzrostu, szczuplutka, czarnowłosa pani Maria Aftarczuk, niezwykle pracowita, oddana szkole nauczycielka fizyki czy chemii. Była samotna, opiekowała się z całym poświęceniem chorą nieuleczalnie staruszką – matką. O jej smutku, miłości i trosce, godnej najwyższego współczucia wiedzieliśmy wszyscy. W miarę potrzeby i możliwości niektórzy nauczyciele przychodzili p. Marii z pomocą.

Pamiętacie zapewne panią Barbarę Brykalską, nauczycielkę biologii, śliczną, małą, dzielną z dołeczkami w różowej buzi, z koroną grubego warkocza na głowie.

Nie wszyscy jednak wiecie, że jako harcerka z Szarych Szeregów brała ona udział w Powstaniu Warszawskim. W Koźlu pozostawała krótko, ponieważ mąż jej, dyrektor banku, został przeniesiony do innej miejscowości.

Smutną postacią był wysoki, masywny zawsze na szaro ubrany nauczyciel geografii pan Włodzimierz(?) Szewczuk lat około 50-ciu, obciążony balastem okropnych przeżyć wojennych, z których nie mógł się otrząsnąć, popadł w zgubny nałóg. Stał się on powodem jego tragedii życiowej. P. Sz. został zwolniony z zawodu nauczycielskiego, stracił żonę. Wstrząs, jakiego doznał po jej śmierci, wyleczył go z pijaństwa. Niestety zbyt późno.

Baliście się podobno, zwłaszcza chłopcy, historyka, p. Kellera (imienia nie pamiętam). Wysoki, postawny, elegancki, miał dziwne niepokojące oczy, którymi spoglądał zza złoconych binokli.

Nie budził we mnie zaufania, z nim właśnie toczyłam najczęściej boje o Wasze oceny z historii, bo wydawały mi się czasem krzywdzące, niesprawiedliwe. Mam na to dowody, o których jednak przemilczam.

Lubiłam pana Józefa Balwirczaka, polonistę klas starszych, równocześnie opiekuna Samorządu Uczniowskiego, pod którego patronatem wychodziła gazetka szkolna. Niewysoki, szczupły szatyn lat około 50-ciu, sympatyczny, dowcipny, miał ciemne, bystre oczy i inteligentną twarz. Prywatnie parał się również malarstwem. Był to jego ulubiony temat w naszych „pozaszkolnych” rozmowach. Mówił o barwach ciepłych i zimnych, o ich łączeniu i pochodnych, o stosowaniu kolorów w stroju w zależności od karnacji, typu urody, pory dnia, rodzaju uroczystości itp. Miał miłą żonę i troje udanych dzieci- córkę i dwóch synów. Zawdzięczałam mu wiele rad związanych z moim przedmiotem i problemami wychowawczymi. Jeszcze teraz, pomagając wnuczętom w gramatyce, posługuję się tabelami i wykresami, niezwykle przejrzystymi, których nauczyłam się od mego, starszego Kolegi. Ceniąc wysoko wiedzę, kulturę, dowcip, trafność obserwacji wspominam pana Bolesława Balwirczaka z wielkim sentymentem.

Cieszyłam się również przyjaźnią nauczycieli jęz. angielskiego, mojej imienniczki pani Heleny Glińskiej. Była to panna z tzw. dobrego domu, wysoka, dobrze zbudowana o ciekawej aparycji, zawsze elegancka, miła, bezpośrednia w sposobie bycia.

Języka francuskiego uczyła młoda, urodziwa mężatka p. Marsa Nowakowska-Włosek zakochana w swoim mężu i maleńkiej córeczce. Przy wielu zaletach była skromna i ogromnie wszystkim życzliwa.

Moja młodsza siostra, Wiktoria Niczyperewicz (obecnie Faik-Dąbrowska) urocza błękitnooka dziewczyna była sekretarką szkoły.

Obraz personelu byłby niepełny, gdybym pominęła małżeństwo P.P. Hajdunów.

On przystojny i dostojny, ważny budził respekt wśród uczniów, cieszył się naszą sympatią. Jego żona prowadziła stołówkę szkolną, z której korzystało wielu z nas.

Państwo Hajdunowie mieli dwoje dzieci uczniów nowego Gimnazjum.

O ile pamiętam, szkoła miała gospodarstwo, ogromnie pomocne w tych powojennych latach. O nim jednak powie ktoś bardziej zorientowany.

Z Koźlem łączy się pewne niezapomniane wzruszenie.

We wrześniu 1945r. spotkałam się tu z moim mężem, oficerem Ludowego Wojska Polskiego, do którego wstąpił ochotniczo w Wilnie, ochotniczo, bo jako nauczyciel był reklamowany, na wojnę iść nie musiał, ale ponad paragrafy był silniejszy nakaz serca, atawistyczny zew.

Przekonana, że decyzja podjęta przez nas była jedynie słuszna, zostałam z dwojgiem maleństw, przez całe miesiące niespokojna o los małżonka.

Po repatriacji z Wileńszczyzny zamieszkałam z rodziną w Koźlu, gdzie podjęłam pracę nauczycielską najpierw w Rogach, następnie od listopada 1945r. w Gimnazjum Kozielskim. W dwa lata później przenieśliśmy się do Kętrzyna, tu oboje z mężem pracowaliśmy w szkolnictwie średnim.

Miłością mego życia było harcerstwo, które urzekło mnie pięknem, swoim ideałem, miłością do człowieka i światła, pasją społecznikowską. Należę do niego od 1932r. pełniłam cały szereg funkcji, za co trzymałam miłe memu sercu odznaczenie „Za zasługi dla ZHP” i stopień Harcmistrza Polski Ludowej. Chętnie też noszę w klapie inny, maleńki znaczek „Honorową odznakę przyjaciela dziecka”.

Po odejściu na emeryturę nie chciałam zostawać na marginesie życia, dlatego też uczyłam w szkole dla pracujących, udzielałam się społecznie w T.P.D, ZNP, LK, spółdzielni mieszkaniowej.

Nauczycielką byłam z zamiłowania, kochałam dzieci i młodzież i w swojej pracy chciałam przekazać ideały, które same wyniosłam z domu rodzinnego, mego gimnazjum w Łuczynie (Polesie), z harcerstwa.

Chciałam, żeby moi uczniowie umieli odróżnić kłamstwo od prawdy, brzydotę od piękna, pozory i powierzchowność od prawdziwej głębi i prawdziwych wartości.

Mówiłam im o najpiękniejszym, najszlachetniejszym z uczuć-miłości do ojczystego Kraju, o tym, że należą do Polski, a ona należy do nich, że za kilka lat będą tworzyć Jej urodę, budować Jej dobrobyt i siłę, że dobro Ojczyzny jest najwyższym dobrem i prawem (Salus reipublicae suprema lex). Kochani obawiam się że zanudziłam Was wspomnieniami i wynurzeniami.

Pytacie mnie o moje rodzinne życie otóż mam troje dzieci dwie córki i syna oraz sześcioro zdrowych, udanych wnucząt. Dotychczas z mężem mieszkamy w Kętrzynie.

Myślę że teraz zechcecie opowiedzieć o sobie, czego jestem ciekawa nie tylko ja.

Sprowokowaliśmy do wystąpienia pana Tadeusza Ślusarza, obecnego na naszym spotkaniu. Mówił długo i bardzo smutno o panu Wojciechu Czerwińskim, swoim dyrektorze i przyjacielu.

Po zjeździe wracaliśmy z panem Tadeuszem do Kosowic, obiecał, że uzupełni swoje wiadomości o Doktorze i prześlę je, Panie Dyrektorze, na Pana ręce.

Prześlicznie mówił o swoich wspomnieniach szkolnych pan Jonca (przepraszam jeśli zniekształciłam nazwisko), o pierwszych dniach i trudnościach w gimnazjum o roli p. Wojciecha Czerwińskiego, o późniejszych podróżach, kontaktach, przyjaźniach, odkryciach.

Pan Mirosław Zawadzki w sposób humorystyczny przypomniał lekcje śpiewu i swoje piątki z tego przedmiotu. Później w sposób mało zorganizowany mówili inni, spontanicznie, ze śmiechem, nieraz kilku naraz, o wszystkim co się wiązało ze szkołą przed 40-stu laty.

Z niedowierzaniem usłyszałam, że wtedy właśnie bawiłam się z nimi, moimi uczniami w ciuciu-babkę, dawałam sobie zawiązać oczy i usiłowałam któregoś z nich złapać, niestety bezskutecznie. Wreszcie któryś się zlitował nad ofermą i sam się „poddał”.

Na końcu naszego spotkania zabrał głos p. Wiesław Derej i dziękując za niepowtarzalne wzruszenia, obiecał zorganizowanie następnego spotkania (ciekawa jestem jaką wynajdzie okazję).

W chwilę potem przyszedł do nas Pan, Panie Dyrektorze.

Nie wiem, czy to, co napisałam będzie przydatne. Jeśli tak, ucieszę się bardzo.

Z poważaniem Helena Raksimowicz.

Kętrzyn, 27 V 1985r.

 

Dyrekcja

L.O. im. H. Sienkiewicza

w Kędzierzynie- Koźlu.

Szanowni Państwo.

Ze względów zdrowotnych nie mogę uczestniczyć w zjeździe absolwentów, ale myślami jestem obecna.

Życzę wszystkim uczestnikom zjazdu, miłych spotkań, udanej zabawy oraz dobrego zdrowia i pomyślności w dalszym życiu.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Cecylia Skowron

 

     Paweł Adamiec

Szanowny Panie Dyrektorze,

chciałbym do listu córki dorzucić parę słów. Przede wszystkim dziękuję Panu za książkę „V Zjazdu Absolwentów”, w którym, niestety jak i w poprzednim zjeździe, nie mogłem wziąć udziału. Wspomniana książka pozwoliła mi odświeżyć wiele wspomnień z lat mojej pracy w Liceum, a zdjęcia z książki i te z dołączonej płyty- przypomnieć wygląd byłych kolegów i koleżanek oraz uczniów.

Dziękuję za przysłany album „Architektura pogranicza polsko-czeskiego uwieczniona piórkiem”, świadczący o bogactwie tejże architektury. A tak nawiasem ta pierwsza rycina tego albumu mianowicie ratusz w Prudniku, gdzie pod koniec lat 50-tych ubiegłego stulecia pomagałem wraz z nieżyjącym już bratem szwagrowi -zegarmistrzowi w renowacji zegara ratuszowego.

Z zainteresowaniem przeczytałem też książkę J. Cofałki, której niektóre pewne humorystyczne fragmenty czytałem na głos, co wzbudziło w słuchających zainteresowanie i zachęciło ich do czytania tej książki tej książki i starania się w Internecie o dalsze części trylogii o Ślązakach.

Jeszcze raz bardzo gorąco dziękuję za wszystko, pozdrawiam najserdeczniej i życzę Panu, gronu i uczniom wielu dalszych sukcesów.

Z poważaniem P. Adamietz

07 2013

Profesor Adamiec przysłał do szkoły jeszcze jeden list, we wrześniu. Dziękuje w nim za zaproszenie na Zjazd i tłumaczy, dlaczego nie może przybyć (poważna choroba). Pozdrawia wszystkich i zapewnia o swej pamięci o szkole i o nas – swoich uczniach. Życzy nam udanych spotkań. Dziękujemy!!!

 

     Rudolf Marczyński

W 2012 roku, przeszedłem na emeryturę. Do dziś chowam w pamięci wzruszające miłe i sympatyczne chwile pożegnania, jakie przygotowali mi moje koleżanki i koledzy. Zaczęło się w auli, podczas uroczystego zakończenia roku szkolnego. Nie spodziewałem się tylu miłych słów i takiej oprawy, jaką przygotował dyr. R. Więcek.

Ponad 40 lat pracy to więcej niż dotychczasowa połowa mojego życia. Trudno ogarnąć tak duży bagaż doświadczeń, przeżyć, spotkań i pożegnań po maturze setek uczniów. Podczas pożegnania wspomniałem, że chciałbym w wolnych chwilach spisać wspomnienia z mego miejsca pracy – z I Liceum – ze szkoły, którą tak pokochałem. Nawet miałem pomysł, by zrobić to w formie alfabetu; coś w rodzaju „Alfabet Marczyńskiego”. Nieopatrznie podzieliłem się tą ideą z kilkoma kolegami i myśl zaczęła żyć własnym życiem. Tymczasem nie wiem jeszcze, kiedy zacznę.

Nie potrafię pozostawać bezczynnym. Pomagam dyrektorowi w odnajdywaniu brakujących informacji, a na potrzeby VI Zjazdu zamieszczam dwie refleksje – o studniówkach i na temat zajęć edukacyjnych.

Tradycyjne studniówki w kozielskim liceum. Studniówka to pierwszy wielki bal, któremu towarzyszy wyjątkowe przeżycie wywołujące wśród młodzieży duże zaciekawienie i radość. Młodzież z niecierpliwością oczekuje na bal życia. Jestem kolekcjonerem zaproszeń studniówkowych. Podczas swojej długoletniej pracy pedagogicznej w kozielskim liceum przywiązywałem dużą wagę do formy i estetyki zaproszeń. Zaproszenia roznoszone są przez uczniów w strojach galowych z pewnym wyprzedzeniem. Zaproszenie jest wizytówką uroczystości, wiemy jak istotne jest pierwszy wrażenie. Były dla mnie sygnałem i zapowiedzią organizowanego balu. Niektóre zaproszenia zostały wykonane na europejskim poziomie.

Byłem najstarszym stażem nauczycielem w kozielskim liceum, stąd miałem przyjemność uczestniczyć w ponad 30 zabawach studniówkowych. Chociaż dokładniej liczby nie znam, to żartowałem z młodzieżą, że do 50 balu już nie daleko. Jako wychowawca klasy byłem współorganizatorem dziewięciu studniówek. Studniówka z 12 stycznia 2013r jest ostatnią.

Przeglądając zdjęcia i skanowane zaproszenia stwierdziłem, że zwyczaj organizowania tradycyjnych studniówek utrwalił się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Organizowano również uroczyste pożegnalne komersy. W roku 1970 studniówki nie zorganizowano, ponieważ nie było klas maturalnych[7]. W 1961 roku przeprowadzona została reforma oświatowa, która wprowadziła ośmioklasowy system nauczania w szkole podstawowej. W czerwcu 1971 roku zorganizowany został komers maturzystów w kasynie oficerskim kozielskiej jednostki wojskowej. Ze względów wychowawczych później komersu nie organizowano. Wprowadzony 13 grudnia 1981r. stan wojenny uniemożliwił przeprowadzenie studniówki w 1982 r.

Ostatni raz studniówka odbyła się w naszej pięknej auli Kozielskiego liceum 19 stycznia 1991 roku. Ze względu na trudności organizacyjne i bezpieczeństwo studniówki „wyszły ze szkół”. Początkowo ten exodus nie przypadł mi do gustu, ale to była konieczność. 22 stycznia 1993 r. studniówka została zorganizowana w restauracji „Na szlaku” w Leśnicy. Tej studniówki miło nie wspominam. Po północy nastąpiła awaria energii elektrycznej. W drodze powrotnej jedna z uczestniczek uległa wypadkowi drogowemu. Wszyscy przeżywaliśmy to zdarzenie, ale wszystko skończyło się szczęśliwie.

Od 1992 roku z jednoroczną przerwą na Leśnicę zadomowiliśmy się w reprezentacyjnym lokalu Kędzierzyna-Koźla Hotelu „Centralny’’.

Mam wspaniałe wspomnienia ze szkolnych studniówek w bało-granatowym kolarze. Pamiętam znakomitą atmosferę, urok poloneza w naszej auli- chyba najokazalszej sali na terenie miasta. Studniówki rozpoczynały się o godzinie 18.00 – kończyły o 01.00 po północy. Charakteryzowały się wręcz zegarmistrzowską dokładnością i wzorcowo opracowanym scenariuszem imprezy oraz specyficznym urokiem.

Przygotowania do studniówki koncentrowały się na elementach wychowawczych jak przygotowania okolicznościowych przemówień, występu artystycznego młodzieży oraz realizowanie przygotowanego scenariusza imprezy. Za wykonanie wielu prac odpowiedzialna była młodzież, która musiała wykazać się zdolnościami organizatorskimi. Prawidłową realizację zadań kontrolowali wychowawcy. W przygotowaniu studniówki pomagali rodzice. Dawnej młodzież przygotowywała aulę do studniówki przez dłuższy okres czasu. Pamiętam, że spędziłem miło czas w jaskini, w oceanie w kolorze błękitnym. Do dziś pamiętam ogromnego wspaniale świecącego pająka na frontowej ścianie auli: w barwach tysiąca białych kwiatów. Obniżano salę za pomocą maskującej siatki wojskowej. Oczywiście maturzystom towarzyszył wielki napis informujący, że do matury zostało 100 dni.

Uważaliśmy, że studniówka to jedyny w swoim rodzaju bal, stąd zwykle młodzieży przygrywała wynajęta przez rodziców orkiestra. W przerwach dla chętnych prezentowano najnowsze przeboje muzyki młodzieżowej. Ambicją organizatorów było, aby studniówka nie stała się kolejną dyskoteką.

Dawniej na studniówkach obowiązywał określony regulaminem schemat ubioru. W cenie był prosty schludny wygląd w barwach szkoły biało-granatowych. Później zmieniła się moda. Każda uczennica chciała wyglądać pięknie i wyjątkowo. Uczennice pojawiały się w długich bogatych sukniach balowych. Królowały gorsety, brokaty. Potem najczęściej wisiały w szafie i przypominały to wyjątkowe wydarzenie.

Obecnie kreacje są dziewczęce i kolorowe. Chłopcom było łatwiej. Garnitury, które kupili na studniówkę, potem służyły im na maturze czy na kolejnych egzaminach na uczelniach. U dziewcząt można był zauważyć fantazyjne uczesanie, które można było podziwiać. Obecnie uczestnicy balu wyglądają bardzo elegancko, a sala taneczna jest kolorowa.

Od początku lat dziewięćdziesiątych studniówka była rejestrowana kamerą, najpierw na taśmach magnetowidowych VHS, obecnie na płytach DVD. Miłym akcentem było (i jest) wykonanie studniówkowych zdjęć klasowych.

Studniówka jest szkolnym balem, a więc imprezą bezalkoholową. Jedyny toast wznoszony jest przez Dyrekcję i Radę Rodziców na początku wieczoru, szampanem za udaną zabawę i powodzenie na maturze. Kozielskie liceum ma opinię w środowisku jako solidna, bardzo dobra szkoła. Grono pedagogiczne stara się, aby panowały w niej pewne określone zasady. Dlatego podtrzymywane są na obecnych studniówkach dawne tradycje. W scenariuszu studniówki jest tradycyjny polonez, przygotowywany wręcz profesjonalnie od wielu już lat przez panią prof. Joannę Urych. Młodzież tańczy poloneza w strojach historycznych. Stroje te powstały z inicjatywy i wg projektu wspomnianej kol. Joanny. Przygotowuje się program artystyczny – najczęściej jest to występ kabaretowy, bądź prezentuje własne zdolności i umiejętności. Młodzież bawi się spontanicznie i z fantazją. Zwykle balem towarzyszy prawidłowe zachowanie, wzajemna uprzejmość oraz wspólna zabawa.

Tak przebiegały studniówki dawniej i obecnie.

 

 

Wychowanie obronne w kozielskim liceum w latach 2005-2012

Niniejsze opracowanie jest kontynuacją opisu osiągnięć wychowywania obronnego w latach 2005-2012, a zawartych w monografii szkoły przygotowany na V Zjazd Absolwentów. Zjazd ten odbył się w dniach 7-9 października 2005 roku, z okazji 60-lecia istnienia szkoły. Informacje w opracowaniu i dane statystyczne oparto na podstawie kroniki wychowania obronnego i szkolnego koła Ligi Obrony Kraju, które prowadzone było od 1969.

  1. Przysposobienie obronne w szkole

Problematykę obronną w szkole realizowali nauczyciele przysposobienia obronnego. Tą rolę pełniłem najdłużej; od 1.IX.1969 r do przejścia na emeryturę w 2012 r.

Rozporządzeniem ministra edukacji narodowej z 2009 r – w sprawie sposobu realizacji przedmiotu nauczania – edukacji dla bezpieczeństwa – wprowadzono nowy przedmiot zamiast przysposobienia obronnego.

Od 1 września 2009r. przedmiot ten był realizowany w szkołach gimnazjalnych w wymiarze 1 godzinna tygodniowo, a od 1 września 2012r obowiązuje w tej samej ilości godzin w szkole ponadgimnazjalnej.

Zakres materiału obejmuje szeroko pojętą obronę cywilną, metody ochrony przed różnymi zagrożeniami i przygotowanie na wypadek sytuacji kryzysowych. Uczniowie szkoleni są w zakresie ratownictwa medycznego i udzielania pierwszej pomocy. W programie są też tematy związane z wojskowością, zasady służby wojskowej. Omawiane są zasady międzynarodowego prawa humanitarnego w okresie konfliktów zbrojnych. przedmiot – edukacja dla bezpieczeństwa w kozielskim liceum prowadzi absolwentka szkoły z 1994 roku Iwona Frączek (Olearczyk).

  1. Szkolne koło Ligi Obrony Kraju w latach 2005-2012

Szkolne koło Ligi Obrony Kraju w omawianym okresie czasu prowadziło skromną działalność. Oprócz prac statutowych SK LOK propagowało problematykę wojskową. Zapoznawało z formami wypełniania powinności obronnych obywateli i systemu szkolnictwa wojskowego.

Działalność SK LOK na terenie szkoły była w formie fotogazetek w gablocie organizacji oraz gabinecie przysposobienia obronnego.

Ze względu na brak możliwości prowadzenia atrakcyjnych form działania, po konsultacji z dyrekcją szkoły i przewodniczącym SK LOK Serafinem Kamińskim postulowano o zaprzestanie działalności na terenie szkoły Szkolnego Koła Ligi i Obrony Kraju.

Praca wychowawczo-obronna, udział w organizowanych konkursach i zawodach przez inne instytucje pozostawałyby w gestii wyznaczonego przez dyrekcję nauczyciela. Za koniec działalności SK LOK w kozielskim liceum należałoby przyjąć datę 3 lipca 2012 r.

Wykaz członków szklanego koła ligi obronny kraju oraz przewodniczących SK LOK w latach 2005-2012

 

 

Rok Szkolny Liczna członków Przewodniczący(a)
2005/2006 53 Mariusz Gołdyn
2006/2007 70 Piotr Balcerak
2007/2008 36 Natalia Mazur
2008/2009 30 Damian Ledwoch
2009/2010 14 Łukasz Świniarski
2010/2011 32 Serafin Kamiński
2011/2012 25 Serafin Kamiński

Praca koła opierała się na organizowaniu młodzieżowego konkursu pożarniczego ,,Młodzież zapobiega pożarom’’. Poniżej zestawienie.

 

Rok Eliminacje szkolne liczba uczestników Eliminacje miejskie Eliminacje powiatowe Eliminacje wojewódzkie
2005 14 Beata Zagrol

Mariusz Adam

2007 7 Roksana Ślusarczyk
Natalia Kruszewska
-—
2008 14 Katarzyna Bustrycka

Damian Ledwoch

2009 20 Iwona Wyszka

Paweł Cyroń

2010 32 Klaudia Kulińska

Patryk Golenia

2011 11 Grzegorz Krawiec

Robert Szafarczyk

Robert Szafarczyk Robert Szafarczyk- Kadłub, powiat strzelecki
2012 Brak danych Małgorzata Nabrdalik

Robert Szafarczyk

Małgorzata Nabrdalik Małgorzata Nabrdalik- Turawa

 

W 2006 roku konkursu nie przeprowadzono, natomiast w 2012 Małgorzatę Nabrdalik przygotowywała nauczycielka przysposobienia obronnego Iwona Frączek.

Planowa i systematyczna praca z młodzieżą w rozwijaniu ich zainteresowań przynosi efekty. Aktualnie nadbrygadier Karol Stępień (absolwent z 1980r) pełni funkcję komendanta wojewódzkiej opolskiej straży pożarnej. Stopień strażacki nadbrygadier to odpowiednik stopnia wojskowego generała brygady.

Kapitan pożarnictwa Tomasz Golasz (absolwent z 2003 r) aktualnie jest zastępcą dowódcy jednostki ratowniczo-gaśniczej nr 2 w Kędzierzynie-Koźlu.

  1. Magazyn przysposobienia obronnego

Ze względu na to, że przysposobienie obronne przestało być przedmiotem nauczania w liceum i zostało wykreślne z siatki godzin nauczania szkoły średniej, zlikwidowano magazyn przysposobienia-obronnego. Był to proces długotrwały. Ostatecznie likwidacji magazynu dokonano w przeddzień ferii zimowych 13 stycznia 2012 roku. Sprzęt: materiały do nauczania PO były w większości wysłużone i przestarzałe. W miarę dobry sprzęt rozdysponowano do gabinetu fizycznego i na pamiątkę do Sali Tradycji szkoły. Niektóre elementy sprzętu do nauki strzelania przekazano dla potrzeb klubu strzeleckiego ,,Sparta’’ Sławięcice. Ze względu na ochronę środowiska naturalnego maski przeciwgazowe i środki ochrony skóry przekazano do Urzędu Miasta – Wydział Zarządzania Kryzysowego w Kędzierzynie-Koźlu do utylizacji. Zmorą kozielskich licealistek były granaty RG-42; F-1, które również zostały wycofane.

  1. Sztandar szkoły

Sztandar szkoły jest wizytówką liceum. Towarzyszy on uroczystościom państwowym organizowanym przez władze samorządowe powiatu. Sztandar uświetnia szczególnie ważne wydarzenia szkolne. Był obecny podczas Zjazdu Absolwentów, uroczystości 55 rocznicy (i kolejnych) pierwszego egzaminu maturalnego, a także w czasie sympozjów naukowych związanych ze znanymi postaciami szkoły. Towarzyszy zgromadzonym podczas uroczystego pożegnania absolwentów czy rozpoczęcia roku szkolnego. Sztandar jest obecny również podczas smutnych okazji – pogrzebów uczniów, czynnych i emerytowanych pracowników szkoły.

W latach siedemdziesiątych opracowałem ceremoniał pocztu sztandarowego na podstawie materiałów wojskowych. Dumą może napawać widok naszego pocztu podczas różnych uroczystości. W 2010 roku dyr. R. Więcek sformalizował, uzupełnił i zebrał zasady ceremoniału w formie załącznika do statutu I Liceum Ogólnokształcącego. W tekście ceremoniału zawarta jest informacja o sztandarze, zasady wyboru uczniów do służby w poczcie sztandarowym, ubiór i insygnia chorążego i asysty, zasady udziału sztandaru w uroczystościach oraz musztra pocztu sztandarowego.

Pierwszy sztandar nadano szkole 26 kwietnia 1959r. Projektował go nauczyciel liceum, prof. Balwirczak, którego imię nosi jedna z ulic miasta. Zaznaczył się na nim upływ czasu. Barwy wypłowiały, tkaniny i hafty straciły pierwotny blask. Nieaktualne stały się symbole narodowe i nazwa szkoły. W tej sytuacji w 2004 r. dyr. Ryszard Więcek zainicjował jego wymianę. Początkowo był ogłoszony konkurs na projekt graficzny. Inicjatywa ta nie przyniosła żadnych interesujących rezultatów. Wtedy dyr. Więcek zaproponował (i pozyskał dla swego pomysłu praktycznie całą społeczność szkolną), by nowy sztandar był graficzną repliką starego. Następnie wybrał wykonawcę – pracownię haftu w Chorzowie Batorym.

W dniu 30 września 2005 roku miała miejsce uroczystość przekazania nowego sztandaru. Fundatorami byli: Rada Rodziców, rodzice absolwentów szkoły 2005 roku oraz Stowarzyszenia Absolwentów i Przyjaciół I LO. W kronice szkolnej zapisano następujący tekst aktu nadania sztandaru:

Akt nadania sztandaru I Liceum Ogólnokształcącemu im. Henryka Sienkiewicza w Kędzierzynie-Koźlu

Motto- myśl przewodnia uroczystości:

„Kto nie szanuje i nie ceni swej przeszłości, nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani prawa do przeszłości’’

-Józef Piłsudski

W uroczystości wzięli udział przedstawiciele kuratorium oświaty w Opolu, władze oświatowe i samorządowe, dyrektorzy szkół ponadgimnazjalnych Kędzierzyna-Koźla, rodzice oraz przedstawiciele kościoła. Ceremonii nadania liceum sztandaru przyglądali się uczniowie i absolwenci.

Z rąk przewodniczącego Rady Rodziców Zygfryda Steuera sztandar odebrał dyrektor szkoły Ryszard Więcek. Oddał honory i zaprezentował sztandar zebranym. Po chwili wystąpił nowy poczet; dyrektor wygłosił formułę przekazania sztandaru i wręczył go młodzieży. Poczet oddał honory, przedefilował przed zebranymi i ustawił się obok starego sztandaru.

Teraz nastąpił wzruszający moment – symboliczne pożegnanie zasłużonego sztandaru z 1959 roku. W akcie udział wzięli absolwenci szkoły: Andrzej Mazur – matura 1971r., Grażyna Stelmach (Hebda) – matura 1990 r. oraz Małgorzata Targosz (Stonoga) – matura 1982r. Wprowadzenia i wyprowadzenia starego sztandaru dokonali: Aleksander Gisman, Marta Kosiel i Aleksandra Zajda.

Po ceremonii zabrali głos zaproszeni goście. Poniżej przytaczam fragment przemówienia dyrektora:

„Stary sztandar został wręczony społeczności szkolnej 26 kwietnia 1959 r. Dokonał tego ówczesny przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Koźlu, pan Jan Krakowiak. Powiedział wtedy do zebranych: „W imieniu społeczeństwa powiatu kozielskiego wręczam sztandar Państwowemu Liceum Ogólnokształcącemu w Koźlu. Od dnia dzisiejszego będzie on symbolem waszego życia szkolnego. Strzeżcie jego godności i honoru. Niechaj słowa wypisane na sztandarze – Ojczyzna i Nauka – staną się symbolem rzetelnej nauki i pracy dla dobra Polski Ludowej.” Pomijając przymiotnik z końca wypowiedzi zauważmy, jakże aktualne są te słowa i dziś! Droga młodzieży! Możecie zapytać nas, absolwentów tej szkoły, jak wypełniliśmy w naszym życiu sztandarowe symbole. Nie mamy się czego wstydzić, a raczej – mamy z czego być dumni. Nie zawiedliśmy pokładanych w nas nadziei i wierzę, że kiedyś to samo będzie można powiedzieć i o Was! Symbol naszej szkoły przekazany w Wasze ręce będzie Wam towarzyszył do najważniejszego egzaminu. (…)”.

Sztandar liceum został poświęcony w dniu 8 października 2005r. podczas uroczystej mszy św. w kościele parafialnym św. Zygmunta i św. Jadwigi Śląskiej odprawianej z okazji V Zjazdu Absolwentów. Poświęcenia sztandaru dokonał Ks. dr Alfons Schubert – ówczesny proboszcz parafii.

We wstępie opracowanego „Ceremoniału pocztu sztandarowego” I LO w Kędzierzynie-Koźlu czytamy, że służba w szkolnym poczcie sztandarowym jest najbardziej honorową i zaszczytną funkcją ucznia pełnioną dobrowolnie. Na zakończenie służby honorujemy poczet sztandarowy pamiątkowym dyplomem i drobnym upominkiem. Doceniamy poświęcenie pocztu sztandarowego, który musi wykazywać dyspozycyjnością i wewnętrzną dyscypliną. Reprezentuje szkołę w czasie najbardziej atrakcyjnym, wolnym od zajęć dydaktycznych. Poczet sztandarowy występuje niekiedy w różnych warunkach atmosferycznych, dlatego musi wykazać się doskonałą kondycją fizyczną.

Na prośbę dyr. R. Więcka podjąłem się odtworzenia spisu chorążych oraz asyst ze wszystkich lat. O ile ostatnie trzydzieści lat mam dobrze ugruntowane w pamięci, o tyle pierwsze poczty są dla mnie zagadką. Mamy w szkole również trudności z latami ’60-‘70. Mam nadzieję, że obecny Zjazd spowoduje, że uda się odtworzyć wszystkie składy osobowe.

Gorąco apeluję o nadsyłanie informacji celem uzupełnienia tabeli!!! Te i inne informacje są publikowane na stronie Stowarzyszenia Absolwentów www.saip1lo.pl

26 kwietnia 2013 r. podczas uroczystości pożegnania abiturientów, sztandar został odznaczony medalem Za Zasługi dla Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych.  Odznaka została przyznana szkole na wniosek Zarządu Wojewódzkiego Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych w Opolu. Dekoracji dokonał prezes Zarządu Wojewódzkiego, płk. Stefan Szelka.

Aktualnie opiekunem szkolnego pocztu sztandarowego jest prof. Paweł Masełko.

  1. Bezpieczeństwo młodzieży

W naszej szkole przywiązujemy dużą wagę do spraw bezpieczeństwa młodzieży. Na lekcjach przysposobienia obronnego zapoznano młodzież z planem ewakuacji szkoły i omawiano zasady postępowania młodzieży po ogłoszeniu sygnału alarmowego w szkole. Organizowano próbne ewakuacje. Na zajęciach PO omawiano zasady udzielania pierwszej pomocy poszkodowanym. Propagowano zadania obrony cywilnej. Dbano o przestrzeganie zasad bhp na terenie szkoły.

Kończąc, pragnę wyrazić wielką wdzięczność wszystkim tym, którzy wykazali zaangażowanie i okazywali pomoc w realizacji zadań wychowania obronnego w kozielskim liceum.

Rudolf Marczyński, styczeń 2013 r.

Przepisywał Maciej Połczyński 1g

[1] w swoim rodzaju.

[2] Proboszcz w Koźlu sprzed wojny, pochodził z Gościęcina. Odprawiał przed wojną msze św. w języku polskim i niemieckim, przesłuchiwany przez Gestapo, niewygodny dla władz nazistowskich – dbał o parafian bez względu na język. W 1945 ta sama dbałość okazała się ideowo niepoprawna w oczach radzieckich władz miasta. Nie uzyskał zgody na pozostanie w Koźlu, wysiedlony do Niemiec w październiku 1945 r. Zmarł w 1953r. w Berlinie. (Dop. red. wg książki ks. dr. Alfonsa Schuberta „Zarys historii parafii…”, Kędzierzyn-Koźle, 2000.).

[3] z łac.: jest sposób w sprawie (dop. red.)

[5] Był to pan Michał Hajdun, przedwojenny lwowski zawodowy tercjan gimnazjalny (woźny). (Przyp. red.).

[6] Chodzi o Tadeusza Ślósarza, naucz. matematyki 1945-1947 (przyp. red.).

[7] Ze względu na reformę oświaty (przyp. red.).

 

Wspomnienia z publikacji z okazji V Zjazdu

dr Ryszard Pacułt

O mojej pracy w kozielskim liceum zadecydował przypadek. Na wiosnę 1960 r. kończyłem studia z zakresu historii w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. Mój bliski kolega wspomniał mi, że rozpocznie pracę w jednej ze szkół średnich w powiatowym mieście Koźlu na Śląsku Opolskim, gdzie w sąsiedniej szkole również jest praca dla nauczyciela historii. Szkołą tą była Szkoła Podstawowa i Liceum Ogólnokształcące im. Henryka Sienkiewicza. Po uzgodnieniu terminu, przyjechałem na rozmowę z dyrektorem szkoły mgr. Antonim Cieciurą. Dyrektor najpierw obejrzał mój indeks, a następnie w dłuższym wystąpieniu przedstawił specyfikę pracy nauczycielskiej na Opolszczyźnie i zaproponował mi złożenie podania o pracę. Uczyniłem to tego samego dnia. 4 sierpnia 1960 r. otrzymałem pismo z Kuratorium Okręgu Szkolnego Opolskiego w Opolu o zatrudnieniu mnie z dniem 16 sierpnia 1960 r. jako kontraktowego nauczyciela historii w Szkole Podstawowej i Liceum Ogólnokształcącym w Koźlu.

W sierpniu 1960 r. od dyrektora Antoniego Cieciury otrzymałem jeszcze kilka pism. Najbardziej dla mnie było istotne pismo z dnia 20 sierpnia 1960 r. Jego treść była następująca:

„Dyrekcja Szkoły Podstawowej i Liceum Ogólnokształcącego im. Henryka Sienkiewicza w Koźlu zawiadamia, że:

1) zamierza Obywatelowi powierzyć obowiązki kierownika Internatu tut. Zakładu od dnia 1 września 1960 r. do odwołania. Wobec powyższego Obywatel winien się zgłosić w Dyrekcji tut. Zakładu w dniu 25 sierpnia 1960 r. Należy ze sobą przywieźć kołdrę, poduszkę, bieliznę pościelową oraz pieniądze na wyżywienie do dnia 1 września br. włącznie. Uposażenie za miesiąc wrzesień oraz dodatek na zagospodarowanie otrzyma Obywatel dopiero w dniu 1 września br.

2) konferencja plenarna Rady Pedagogicznej odbędzie się dnia 27. 8. br. o godz. 10-tej.

3) dnia 29 sierpnia br. weźmie Obywatel udział w konferencji dyrektorów i kierowników internatów.”

Zgodnie z tym pismem do Koźla przyjechałem 25 sierpnia 1960 r.

Przebieg pierwszego posiedzenia rady pedagogicznej zapamiętałem stosunkowo dobrze z kilku powodów. Nie byłem jedynym młodym nauczycielem. Wraz ze mną pracę w liceum rozpoczęli: nauczycielka języka polskiego Grażyna Sawicka oraz nauczyciel wychowania fizycznego Adolf Mikołajewicz. Przyjęto nas serdecznie. Dotychczasowi nauczyciele, a byli to m.in.: Alfons Badura, Krystyna Bugalska, Wiktor Florkowski, Henryk Michalik, Maria Wędzicha i wicedyrektor szkoły Józefa Cichy udzielali nam praktycznych rad. Wreszcie sam przebieg narady był z pedagogicznego punktu widzenia interesujący i niepozbawiony, dla nas młodych nauczycieli, wesołych chwil gdy np. dyrektor analizował wpływ ubioru zespołu pedagogicznego, zwłaszcza nauczycielek, na przyswajanie wiedzy przez uczniów.

W 1967 r. zostałem kierownikiem Powiatowego Ośrodka Metodycznego w Koźlu. Była to placówka grupująca nauczycieli różnych przedmiotów, organizująca podnoszenie kwalifikacji metodycznych nauczycieli pracujących w szkołach podstawowych powiatu kozielskiego. Powiatowym Ośrodkiem Metodycznym kierowałem do 1969 r. Przez ten okres nadal pracowałem w kozielskim liceum, które było moją szkołą bazową, lecz z racji niewielkiego wymiaru godzin moje związki z liceum nieco się rozluźniły. Praca w ośrodku metodycznym była interesująca, przyniosła mi wiele satysfakcji, a jednocześnie umożliwiła dobre poznanie powiatu kozielskiego, jego specyfiki kulturalnej i narodowościowej. Stworzyła ona także okazję do pogłębienia mojej wiedzy pedagogicznej, co ułatwiło mi w przyszłości pracę na stanowisku dyrektora szkoły.

W 1969 r. powierzono mi obowiązki dyrektora Liceum Ogólnokształcącego im. Henryka Sienkiewicza w Koźlu. Funkcję tę pełniłem przez 22 lata, aż do przejścia na emeryturę w 1991 r. Stanowisko objąłem po dwóch wybitnych poprzednikach, z których każdy w istotny sposób wpłynął na pozycję szkoły w środowisku. Dyrektor mgr Antoni Cieciura szkołą kierował przez 11 lat. Nadał jej wysoką rangę, dbał o szkolną obrzędowość i pozytywny odbiór poczynań szkoły wśród mieszkańców miasta i powiatu. Dyrektor dr Jan Pacławski podczas pięcioletniej pracy w znacznym stopniu zmodernizował szkołę i poprawił jej wyposażenie. Lata jego pracy w kozielskim liceum były okresem przebudowy i remontu budynku. Obejmując kierownictwo szkoły zdawałem sobie sprawę z konieczności kontynuowania rozpoczętych prac remontowych, a także pozostałych dokonań moich poprzedników. Liczyłem na współpracę dotychczasowych koleżanek i kolegów. W oczekiwaniach swoich nie zawiodłem się. W pierwszym roku mojej pracy w roli dyrektora liceum grupę moich współpracowników tworzyli: Paweł Adamiec, Krystyna Bugalska, Zygmunt Capi, Antoni Cielecki, Jan Dziadkowiec, Jadwiga Gajdzińska (Stefanowicz), Halina Imielska, Jan Kałuża, Stanisława Misiewicz, Janina Otrębowicz, Maria Wędzicha i Halina Zborowska. W następnych latach dołączyli do nich m.in.: Zofia Choromańska, Anna Franiczek (Wawrzyk), Marianna Knefel (Śmigielska), Elwira Kozak, Zenobia Lisek (Szal), Rudolf Marczyński, Krystyna Pużak (Ignacy), Emil Rudol, Stanisław Śmigielski, Krystyna Tarabasz (Pustelnik), Stanisława Trawińska, Zbigniew Urych, Ryszard Więcek i Urszula Więcek. Szczególne dużej pomocy doznałem od moich zastępców, którymi byli: przez pierwsze cztery lata dr Jan Kałuża, a następnie mgr Halina Zborowska-Jankiewicz.

Kozielskie liceum, będące najstarszą szkołą średnią w powiecie, wyróżniało się spośród pozostałych szkół średnich powiatu dorobkiem dydaktycznym i wychowawczym oraz posiadaniem stosunkowo licznej grupy absolwentów, którzy już pod koniec lat sześćdziesiątych XX w. liczyli się w polskiej nauce oraz w życiu gospodarczym. Chcąc utrzymać wysoką pozycję szkoły w środowisku starałem się, wraz z zespołem nauczycielskim, tak zorganizować pracę wychowawczą, żeby w znacznym stopniu jej podstawą były kontakty z absolwentami. Dawało to możliwość budowy tradycji szkoły, jako placówki otwartej na środowisko i przyjaznej uczniom. Poprzez ukazywanie losów absolwentów szkoła wskazywała swoim uczniom możliwości wyboru ich drogi życiowej, stwarzającej szanse kontynuowania edukacji na studiach wyższych. Jednocześnie szacunek dla tradycji własnej szkoły umacniał związki młodzieży z regionem kozielskim i integrował różnorodne, z racji pochodzenia regionalnego i narodowościowego, grupy.

W czasie gdy kierowałem szkołą odbyły się trzy zjazdy absolwentów. Miały one miejsce w latach 1970, 1980 i 1985. Każdy zjazd w życiu szkoły był wydarzeniem szczególnym. Najważniejszym, moim zdaniem, był zjazd pierwszy zorganizowany w dniach 19 i 20 czerwca 1970 r. Szkoła przygotowała się do tej imprezy bardzo starannie. Dzięki pomocy rodziców uczniów, a także przy wsparciu administracyjnych i politycznych władz miejskich i powiatowych oraz życzliwej postawie wojewódzkich władz oświatowych, udało się uzyskać środki na przeprowadzenie niezbędnego remontu elewacji budynku szkolnego oraz uporządkowanie otoczenia szkoły. Dokończono również budowę sali gimnastycznej. Wiele zapoczątkowanych wówczas prac w otoczeniu szkoły kontynuowano aż do 1973 r.

Przed pierwszym zjazdem absolwentów zorganizowano liczne spotkania młodzieży z absolwentami szkoły. Podobnie postępowano przed kolejnymi zjazdami. Działania te spopularyzowały szkołę w środowisku, zwiększyły nabór młodzieży do szkoły oraz zintegrowały znaczną grupę jej absolwentów i byłych nauczycieli ze społecznością szkolną. Kozielskie liceum było pierwszą szkołą na ziemi kozielskiej, które z okazji pierwszego zjazdu swoich absolwentów w 1970 r. otrzymało opracowanie mojego autorstwa pt. „Liceum Ogólnokształcące w Koźlu 1945-1970”. Książka ta ukazała się dzięki finansowej i organizacyjnej pomocy Towarzystwa Ziemi Kozielskiej, a w szczególności jego prezesa inż. Józefa Cyprysa.

Dokumentując losy absolwentów liceum oraz aktualne osiągnięcia szkoły zgromadziłem, wspólnie z grupą nauczycieli, liczne materiały umożliwiające utworzenie sali tradycji szkoły. Otwarto ją w kwietniu 1971 r. Ekspozycję w sali wykonała młodzież pod kierunkiem nauczycielki historii mgr Janiny Otrębowicz. Znacznej pomocy w jej powstaniu udzielili szkole rodzice uczniów, kierowani przez przewodniczącego Komitetu Rodzicielskiego Józefa Mysiaka i jego zastępcę Stanisława Nowaka.

Pierwszorzędnym moim zadaniem, podobnie jak całego zespołu nauczycielskiego, w kontaktach szkoły ze środowiskiem była codzienna współpraca z rodzicami Bez bliskiej współpracy ze środowiskiem szkoły, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych XX w., nie byłaby możliwa normalna praca szkoły, placówki niedoinwestowanej i posiadającej duże potrzeby finansowe. Nie byłoby również możliwe nawiązanie kontaktów z młodzieżą szkolną w holenderskim mieście Soest, co miało miejsce w 1989 r. Pierwsza grupa holenderskiej młodzieży przybyła do kozielskiego liceum na początku maja 1989 r. Przyjęcie dużej grupy uczniów (67 osób) było w ówczesnych warunkach ciągłych niedoborów artykułów spożywczych na rynku sprawą dosyć skomplikowaną. Pobyt holenderskich gości jednak przebiegł pomyślnie i ożywczo wpłynął na pracę szkoły. Trwająca kilka lat wzajemna wymiana dużych grup uczniów i ich opiekunów pozytywnie wpływała na funkcjonowanie liceum. Kozielskie liceum w zakresie zagranicznych kontaktów było prekursorem wśród szkół ziemi kozielskiej.

Podczas 22 lat mojej pracy na stanowisku dyrektora kozielskiego liceum w szkole miało miejsce wiele wydarzeń, które wpłynęły na losy szkoły, jej nauczycieli i uczniów. Ocena ich ważności zawsze będzie oceną subiektywną. Z mojego punktu widzenia ważnym wydarzeniem w życiu szkoły było sympozjum naukowe zorganizowane 16 marca 1991 r., a poświęcone dziewięćdziesiątej rocznicy urodzin dra Wojciecha Czerwińskiego – organizatora i pierwszego dyrektora kozielskiego liceum, w którym pracował od 24 kwietnia 1945 r. do 31 sierpnia 1948 r. Inicjatywa zorganizowania sympozjum zrodziła się wśród byłych uczniów dyrektora Czerwińskiego, z okresu jego pracy w Koźlu oraz z okresu tajnego nauczania prowadzonego w latach drugiej wojny światowej w Glichowie koło Myślenic. Wiodącą rolę w tym zakresie odegrali Stanisław Bajer, uczeń dra Czerwińskiego z Glichowa, i Wiesław Derej, absolwent kozielskiego liceum z 1950 r. W sympozjum wzięli udział liczni absolwenci liceum w Koźlu, w tym czterech profesorów wyższych uczelni. Byli to: Karol Jonca z Wrocławia, Józef Siciak i Jerzy Wyrozumski z Krakowa oraz Jan Korbel z Opola. Poza tym przybyli profesorowie: Jan Pacławski – były dyrektor liceum kozielskiego oraz krewny dyrektora Wojciecha Czerwińskiego prof. Czerwiński z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Obecność sześciu naukowców, z których kilku wystąpiło podczas sympozjum, podniosła rangę tego spotkania, a młodzieży liceum uczestniczącej w obradach przybliżyła atmosferę naukowej dyskusji. Spotkanie było bardzo dobrze przygotowane przez nauczycieli liceum i młodzież najstarszych klas, która uczestniczyła w obradach. Sympozjum było dużym wydarzeniem dla społeczności Kędzierzyna-Koźla. Podczas obrad przewodniczący Rady Miejskiej, Antoni Szota, poinformował uczestników o nadaniu imienia Wojciecha Czerwińskiego jednej z kozielskich ulic. Był to wyraz uznania i wdzięczności dla człowieka, który tak wiele dobrego zrobił dla kozielskiej społeczności i który potrafił łagodzić krzywdy które dotknęły, zwłaszcza dzieci i młodzież, w czasie wojny i w pierwszych latach po jej zakończeniu. Sympozjum było swego rodzaju nieformalnym zakończeniem mojej pedagogicznej pracy w kozielskim liceum.

16 maja 1991 r. złożyłem prośbę do Kuratora Oświaty i Wychowania w Opolu o rozwiązanie ze mną stosunku pracy w związku z zamiarem przejścia na emeryturę. Formalnie pracę jako dyrektor i etatowy nauczyciel Liceum Ogólnokształcącego im. Henryka Sienkiewicza w Kędzierzynie-Koźlu zakończyłem 26 sierpnia 1991 r. Dwa dni później, 28 sierpnia, przekazałem szkołę nowo mianowanemu dyrektorowi liceum. Była nim mgr Krystyna Ignacy.

 

 

mgr Janina OtrębowiczŚlady pamięci                                        Kędzierzyn-Koźle, 12 VI 2005

Minęło jedenaście lat od chwili mojego rozstania ze szkołą. Przez ten okres znalazłam inne zajęcia, inne pasje. Nie myślałam o swojej dawnej pracy.

Czas zrobił swoje spustoszył moją pamięć, niegdyś świetną, długo ćwiczoną w zapamiętywaniu tysięcy dat, nazwisk, wydarzeń. Teraz z trudem i z mozołem odnajduję w sobie ślady pamięci o ludziach, z którymi przez 31 lat swojej pracy zetknęłam się.

Miałam szczęście pracować z wieloma wspaniałymi osobowościami i to w niezwykle ważnym dla każdego człowieka okresie, gdy z dziecka niemal stopniowo przechodzi w wiek dorosłości. Niektórzy z nich pozostawili trwały ślad w mojej pamięci.

Moje pasje. W latach 1965-70 pracowałam w bibliotece szkolnej. Pewnego dnia w drzwiach stanął szczupły chłopak o niebieskich oczach. Uśmiechnął się do mnie. W jego twarzy było coś, co kazało mi od razu uznać go za postać nietuzinkową. To był Andrzej Mazur. Emanował energią, była w nim ogromna potrzeba czynu i równocześnie coś tak urokliwego, że szybko dałam się wciągnąć w sferę jego oddziaływania.

To z jego inicjatywy powstało koło miłośników książki, któremu jego założyciele nadali nazwę „13 Białych Kruków”. Należało do niego 13 osób z różnych klas i liczba ta pozostała niezmienna przez cały okres istnienia. Koło miało charakter ekskluzywny. Młodzi uczestnicy otoczyli je aurą tajemnicy i tylko niewielu osobom zdradzili fakt jego istnienia.

Spotykaliśmy się przy świecach, często przy herbacie i jakichś ciasteczkach. Młodzi miłośnicy książki prezentowali ciekawe pozycje wydawnicze i recytowali poezję. Dziewczęta pięknie recytowały. Andrzej nie pozostawał w tyle. Pewnego razu stworzył – ku naszemu zdumieniu – jakieś rusztowanie z krzeseł i stołu, wszedł na nie i zaczął recytować Wielką Improwizację z „Dziadów” Mickiewicza. Jak on recytował!

Jeszcze dziś słyszę, mimo że upłynęło 38 lat, jak on ciska gniewnie słowami „Boże, czyś Ty carem?”.

Ta pełna ekspresji recytacja przy świecach (na dworze było już ciemno) stwarzała niesamowity nastrój. Czuliśmy się wszyscy konspiratorami. Wszystko to nadawało naszemu klubowi charakter zbliżony do loży masońskiej.

Do koła należały 2. siostry Mazurówny: Ela i Ania.

Ela była koleżanką klasową Andrzeja. Pamiętam, jak swego czasu urządziliśmy na lekcji historii sąd na Jaremą Wiśniowieckim. Andrzej żarliwie bronił bohatera „Ogniem i mieczem”, a Ela precyzyjnie i bezlitośnie oskarżała go. Oboje świetnie się spisali.

Ela jest dzisiaj artystką Opery Bytomskiej. Byłam na jej występie w Koźlu. Ma piękny urzekający swoją barwą kontralt. Jest nadal ciepłą, przemiłą i pełną życzliwości dla ludzi osobą.

W następnym roku dyrektor zlecił mi prowadzenie drużyny harcerskiej. Broniłam się rękami i nogami. Mówiłam, że nie nadaję się do tej roli, bo nigdy nie należałam do harcerstwa i nie mam pojęcia, na czym to polega. Nic nie pomogło. Polecenie dyrektora było rozkazem i trzeba było się podporządkować. Powstała drużyna, która, o dziwo, całkiem nieźle funkcjonowała, a to dzięki dwóm doświadczonym harcerzom: Andrzejowi Mazurowi i Andrzejowi Kopaczowi. Urządzaliśmy często podchody i wtedy odkryłam, że mam niezłą orientację w terenie, a tropienie cudzych śladów sprawia mi przyjemność.

Pewnego razu moi harcerze wpadli na pomysł zorganizowania imprezy harcerskiej, na którą zaproszono komendantkę Hufca. Ja też miałam być w charakterze gościa, bo młodzież postanowiła wykazać się samodzielnością i poprosiła mnie tylko o oddanie im klucza od pomieszczenia, w którym miała odbyć się impreza. Kiedy przyszłam do szkoły, ogarnęło mnie przerażenie: nic nie było gotowe, a to ktoś zapomniał cukru, a to ktoś inny dopiero pobiegł do domu po czajnik, ciasteczka zaś spokojnie czekały na ladzie sklepowej na inną zapominalską osobę. Gdy przyszła komendantka, sytuacja była podobna. Przez długi czas musiałam zabawiać komendantkę rozmową i truchlałam na myśl, jak ona na podsumuje. Gdy wreszcie wszystko się odbyło, komendantka pochwaliła młodzież za samodzielność, a mnie przyznała malutką nagrodę za wyzwalanie inicjatyw młodzieży.

W następnym roku prowadziłam drużynę żeńską (w szkole była klasa złożona wyłącznie z dziewcząt). Było o wiele łatwiej, bo miałam już rozeznanie, o co w tym chodzi, a drużynową była doświadczona harcerka Teresa Iwaniszewska. Miała piękny głos. Na festiwalu piosenki radzieckiej w Zielonej Górze zdobyła nagrodę dziennikarzy, a na studiach usłyszał ją Marek Grechuta i wciągnął do występów w „Piwnicy pod Baranami”.

W czasie stanu wojennego Teresa wyjechała do Australii i tam zmarła. Tą krótką notką pragnę ocalić pamięć o niej. Nie sposób zapomnieć jej pięknego wykonania utworu „Trojki dwie” czy jej występów w „Teatrze Stu” w Krakowie.

Andrzej Mazur po studiach medycznych we Wrocławiu wrócił do Koźla. Jest dziś cenionym lekarzem (ordynatorem oddziału chirurgii), politykiem i działaczem samorządowym (przewodniczący sejmiku wojewódzkiego). Jest niestrudzony, pełen inicjatyw i ciągle w akcji. Ja zaś, za każdym razem, gdy go widzę, szukam w jego oczach tego upartego, zadziornego, a przy tym sympatycznego chłopca, którego znałam przed wieloma laty.

W czasie swojej pracy zawodowej byłam obarczona różnymi zajęciami pozalekcyjnymi. Spośród nich najtrudniejsza i najbardziej odpowiedzialna była opieka nad samorządem uczniowskim. Pełniłam tę funkcję – z małą przerwą – przez 11 lat. Chyba żadne inne zajęcia dodatkowe nauczyciela nie mogą się równać z rolą opiekuna samorządu. Jest to praca wyczerpująca nerwowo, przynosząca ogromną ilość stresów i nieustanną troskę związaną z poczuciem odpowiedzialności, ale z drugiej strony dająca satysfakcję, gdy uda się dokonać czegoś dobrego.

Do obowiązków samorządu należało organizowanie akademii szkolnych z okazji rozpoczęcia roku szkolnego i jego zakończenia, Dnia Nauczyciela, Dnia Kobiet, a także zabaw szkolnych.

To mnie przerażało. Moja poprzedniczka, polonistka, miała świetne akademie, a ja nigdy w swoim życiu czegoś takiego nie robiłam. Uznałam więc, że muszę dobrać sobie zespół uczniów, którzy mają już w tym względzie jakieś doświadczenie.

Poprosiłam więc o pomoc Ryśka Więcka, którego znałam jeszcze ze szkoły podstawowej, a który zasłynął świetnym satyrycznym przemówieniem, oskarżającym nauczycieli o to, że nie pozwalają uczniom uczyć się i wyrzucają ich na całe 2 miesiące wakacji ze szkoły. Rysiek nie odmówił. Został przewodniczącym sekcji kulturalnej i we dwójkę zaczęliśmy dobierać zespół ludzi, którzy będą organizować życie kulturalne szkoły.

Były to przeważnie koleżanki i koledzy z klasy Ryśka. Tak powstał świetny zespół, z którym pracowało mi się przez kilka lat wprost wspaniale. Były w naszych akademiach cięte, satyryczne scenki dworujące sobie z uczniów i nauczycieli, były piosenki i tańce.

Zawsze przepadałam za baletem, ale, oczywiście, o tańcu klasycznym nie mogło być mowy. Szczęśliwie udało się znaleźć grupę 5 dziewcząt z klasy Ryśka, które na każdej akademii tańczyły taniec nowoczesny. Choreografię tworzyły same. To były świetne dziewczyny. Ich liderka Ania Malinowska tańczyła całym ciałem, także i buzią. Przez cały czas trwania występu potrafiła się ślicznie uśmiechać do publiczności. Lubiłam te występy i zawsze byłam z dziewcząt zadowolona. Nigdy mnie nie zawiodły. Wszystkie wokalne występy miały akompaniament na fortepianie w wykonaniu Józka Gielasa.

W scenach kabaretowych Rysiek Więcek współpracował z Włodkiem Grzeszczukiem, który przybył do naszej szkoły z nyskiego „Carolinum”. Tęsknił za tamtą szkołą i długo nie mógł się pogodzić z przymusową przeprowadzką. Włodek miał autentyczny talent kabaretowy. Bywało, że teksty tworzył na poczekaniu. Jego talentom aktorskim również nie można było niczego zarzucić.

Jednym z moich zadań była dbałość o odpowiedni poziom artystyczny przygotowywanych akademii. Starałam się nie torpedować pomysłów zespołów twórczych, choć czasem zmuszona byłam odrzucić niektóre projekty, bo uważałam je za mało gustowne lub niestosowne.

To była w ogóle świetna klasa. Oprócz Ryśka i Włodka bardzo aktywny był Krzysztof Staszewski, Alfred Twardzik. W balecie Bożena Urgacz, Boguśka Matlak, Jolka Tyrała. Świetna była Teresa Kryspin. Zżyłam się z tą klasą i gdy odeszli, brakowało mi ich, a szczególnie Ryśka, bo był moją prawą ręką w sprawach akademii. Po studiach Rysiek wrócił do szkoły jako nauczyciel, a obecnie jako Pan Dyrektor Ryszard Więcek kieruje naszym liceum.

Z niepokojem myślałam, czy znajdę w innych klasach równie chętnych do pracy następców. Ku mojemu zaskoczeniu dość łatwo i szybko udało mi się nakłonić wiele osób do występów artystycznych. Nigdy nie spotkałam się z odmową. Pięknie w mojej pamięci zapisała się Basia Jurek, utalentowana wokalistka i recytatorka.

Zmieniałam charakter moich akademii: mniej było kabaretu, satyry, a więcej muzyki. Starałam się dobierać piękną muzykę, bo uważałam, że to ona tworzy nastrój. Z czasem zaczęłam włączać do moich akademii muzykę Chopina. Udało mim się nawet zorganizować w szkole koncert chopinowski, w którym wykonawcami byli uczniowie mający za sobą szkołę muzyczną. Ku zaskoczeniu moich młodych artystów przyszło na ten koncert ponad 60 osób.

Grały m.in. Barbara Wielgosz i Grażynka Mendel. Ta ostatnia miała piękny, liryczny sopran i śpiewała na moich akademiach teksty do muzyki Chopina, a także poezję śpiewaną. Zdołałam nakłonić ją do udziału w ogólnopolskim konkursie poezji śpiewanej w Wałczu. Zaproponowałam jej utwór „Walc” Czesława Miłosza, a koleżanka z jej klasy ułożyła muzykę do tego wiersza. Siedziałam z Grażynką wiele godzin w auli przy fortepianie i szlifowałyśmy ten utwór. Grażynka wróciła z konkursu z II miejscem. Obie byłyśmy bardzo szczęśliwe.

Już na studiach polonistycznych Grażynka kontynuowała swoją artystyczną działalność w klubach studenckich, wykonując przy tym repertuar wzięty z liceum. Będąc studentką, zgodziła się wystąpić w auli naszego liceum z recitalem swoich najpiękniejszych utworów. Miała wszelkie warunki, aby zostać artystką, ale wybrała inny zawód.

Inna natomiast moja uczennica, Dorotka Ślęzak, w pełni wykorzystała swoje artystyczne możliwości. Gdy ją pierwszy raz usłyszałam, powiedziała: „Dorotko, otrzymałaś wielki dar. Nie zmarnuj go.” Dorotka nigdy tych słów nie zapomniała. Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak z naszej auli grając na gitarze, śpiewa przedwojenny znany utwór „Polesia czar”. Jej liryczny głos, jasny i ciepły zarazem, tak pięknie oddał nastrój tamtej piosenki, że czuło się całą nostalgię w niej zawartą.

Dorotka została artystką. Jest obecnie członkiem zespołu „Piwnicy pod Baranami”. Usłyszał ją Z. Preisner, kompozytor muzyki filmowej i zaangażował do swego koncertu „Requiem dla mojego przyjaciela”, napisanego po śmierci reżysera Kieślowskiego. Dorotka wystąpiła w tym koncercie w Warszawie i Londynie, śpiewając dwie partie: „Miłość” i „Modlitwa”. Ukazała w nich całe bogactwo swego głosu. Preisner wykorzystał także jej głos w formie wokalizy w swojej muzyce z filmu Marczewskiego „Weiser”. Chciałabym na Zjeździe usłyszeć Dorotkę.

W latach 1988-89 zgłosiłam się na ochotnika do zrobienia dwóch wielkich akademii: z okazji 70. rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę i 50. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Zaangażowałam do nich całą klasę humanistyczną, w której byłam wychowawczynią. Pracowałam z klasą przez dwa miesiące. Z wierszy, utworów muzycznych, pieśni patriotycznych połączonych odpowiednim komentarzem, stworzyliśmy wielką lekcję historii naładowaną emocjami. Publiczność podziękowała nam owacjami na stojąco, a wiele osób miało łzy w oczach. Była to chyba najpiękniejsza rzecz, jaką udało mi się stworzyć w tej szkole. Pierwszy raz w dziejach naszego liceum w auli rozbrzmiewały zwrotki „Pierwszej Brygady” i wykonany został utwór, „Aby Polska była Polską”. A był to rok 1988.

Potem w telewizji oglądałam uroczysty koncert poświęcony tej samej rocznicy. Z satysfakcją mogłam skonstatować, że twórca wykorzystał te same utwory wokalne i dużą cześć tych samych utworów poetyckich, ale całość nie była lepsza od naszej, bo u nas było stopniowanie napięcia, czego nie można było zauważyć w programie telewizyjnym. Różnica polegała na tym, że telewizja dysponowała zawodowymi aktorami i wokalistami oraz wspaniałą dekoracją, ja miałam do dyspozycji jedynie młodziutkich amatorów i fortepian. Ale nie mogę narzekać: młodzi wykonawcy spisali się świetnie i jestem z nich dumna.

Myślę, że gdyby nasz program ktoś chciał nadać w telewizji, nikomu nie przyniósłby wstydu. Włożyłam w niego całe serce i duszę. Dla ścisłości dodam, że w doborze tekstów i ćwiczeniu odpowiedniej recytacji pomagała mi pani profesor E. Kozak, w śpiewie pani profesor A. Płachta.

Myślę teraz z perspektywy czasu, że mieliśmy w liceum wspaniałą młodzież. Ileż rzeczy można było z nią zrobić i to na wysokim poziomie artystycznym.

Samorząd szkolny to również gazetki ścienne. Redaktorzy tych gazetek to pełni poświęcenia ludzie, którzy niejednokrotnie dostarczali własne materiały biurowe, bo nie zawsze były pieniądze na zakup. Nikt ich nie oklaskiwał, a pracowali ciężko, systematycznie, najczęściej anonimowo. Podobnie jak skarbnicy samorządowi. Miałam szczęście do dobrych skarbników. W mojej pamięci na trwałe zapisali się Jolanta Rudzka i Andrzej Śmieszek. Podziwiałam ich za skrupulatność i systematyczność. Spośród redaktorów chciałabym upamiętnić jedną z okresu, gdy przewodniczącą była Beata Marczak, ale czas zatarł jej nazwisko. Robiła przepiękne, pełne różnych dekoracji gazetki, pisała obszerne wywiady z nauczycielami w ciekawej formie graficznej. Ona była na koncercie Dorotki Ślęzak w Domu Kultury w Koźlu. Stała z tyłu i patrzyła na mnie, ale nie podeszła bliżej. Chciałabym, aby wiedziała, że była najlepsza i z głębi serca pragnę jej podziękować

Miałam też szczęście do przewodniczących samorządu. Justyna Lubieniecka, Wacław Pułka, Krzysztof Staszewski, J. Głuszek, Barbara Rarus, Małgorzata Ignac, Beata Marczak, Grażyna Hebda – to świetni młodzi ludzie, odpowiedzialni, zaradni, pełni inwencji, ofiarni. Ich praca nie wiązała się z żadnymi osobistymi korzyściami, wymagała natomiast dużego zaangażowania i odporności. Mam nadzieję, że była dla nich świetną szkołą działalności społecznej.

Wciągnęłam moich uczniów również do pracy na rzecz miasta, ponieważ przez 17 lat pracowałam w Towarzystwie Ziemi Kozielskiej jako sekretarz i opiekun „Baszty” – siedziby Towarzystwa. Młodzież lubiła przychodzić do „Baszty”. Był tam specyficzny nastrój: czas jakby się zatrzymał i zamknął w tych murach to wszystko, co działo się tam przez wieki minione i miało się wrażenie, że niemal namacalnie dotyka się przeszłości.

W 1988 moi uczniowie z klasy humanistycznej (tej samej, która wykonała program akademii z okazji odzyskania niepodległości przez Polskę) wzięli udział w konkursie wojewódzkim na imprezę regionalną. Przygotowaliśmy inscenizację historyczną (wg mojego scenariusza) nawiązującą do legendy kozielskiej związanej ze strąceniem z baszty kozła. Impreza miała nazwę „Dzień Kozła”. Uczniowie przebrani w stroje ludowe i historyczne odegrali barwne widowisko połączone ze śpiewem. Był oczywiście kozioł (zrobiony przepięknie przez moich uczniów) i była scena strącenia.

Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że nasza impreza zajęła I miejsce, a Wydział Kultury Urzędu Woj. w Opolu przyznał nam nagrodę pieniężną (skromniutką, ale przyjętą z radością).

Po latach patrząc głęboko wstecz, muszę przyznać, że moją największą pasją była praca z samorządem uczniowskim. Dała mi wiele przeżyć i doznań, wzbogaciła mnie.

Moje przedmioty nauczania. Jako nauczycielka uczyłam w liceum kozielskim dwóch przedmiotów: języka łacińskiego i historii. Język łaciński był tylko w klasach humanistycznych (raz wyjątkowo w klasie biologiczno-chemicznej). Nie był to przedmiot lubiany, może z wyjątkiem poezji (heksametr łacinski fascynował uczniów, a także proza Caesara). Humaniści traktowali go jak matematykę, a więc jak drogę przez mękę, bo sprawiał im duże trudności i nie sposób było zastąpić braku wiedzy lub umiejętności tłumaczenia elokwencją. Klasa biologiczno-chemiczna znosiła ten przedmiot dużo lepiej, bo wprowadzałam tam dużo terminologii medycznej, więc dostrzegali bezpośrednią korzyść płynącą z tego faktu.

Jednak nawet w tak trudnym przedmiocie pojawiały się uczniowskie perełki godne podziwu, które uczestniczyły w olimpiadzie. Spośród nich nie sposób nie wymienić Norberta Gregera, który dostał się do finału olimpiady w Warszawie. To wielki sukces i autentyczny powód do dumy.

Tak się składa, że często, ilekroć spotykam moich dawnych uczniów z klas humanistycznych, mówią mi, że dopiero teraz doceniają łacinę i że zachowali podręczniki z myślą, że kiedyś do nich wrócą. Nie wrócą! Życie na ogół nie daje sposobności do takich powrotów, ale sam fakt, że nastąpiła zmiana w sposobie widzenia, przynosi opóźnioną w czasie satysfakcję.

Za to historia dawała możliwości rozwinięcia skrzydeł i mnie i moim uczniom. Pasjonował mnie ten przedmiot. Starałam się bardzo, aby związać emocjonalnie moich uczniów z szeregiem pokoleń, które były przed nami, i aby znali swoje korzenie i byli z nich dumni.

Miałam wiele bardzo dobrych klas i bardzo dobrych uczniów. Z najstarszych muszę wspomnieć Andrzeja Mazura, który był pasjonatem w tym przedmiocie (napisał kiedyś piękne wypracowanie, które złączył w rulon na kształt papirusu, co ja wtedy przyjęłam z irytacją, ale później zachowałam na pamiątkę). Piotra Pokrywkę (skończył historię i jest obecnie nauczycielem tego przedmiotu w naszym liceum). Edka Cibisa, Andrzeja Kryzara, Romana Kojzara, Bożenę Banaś, którą uczyłam jeszcze w szkole podstawowej (należała ona do opisanego wcześniej klubu „13 Białych Kruków”, była wtedy miłośniczką książek, żywa, bardzo sympatyczna dziewczynka, po studiach medycznych powróciła do Kędzierzyna-Koźla i jest nadal ciepłą, serdeczną osobą o różnorodnych zainteresowaniach zarówno humanistycznych, jak i przyrodniczych. Zawsze mówiłam do niej: „Mała Banaś”. Gdzieś z zakamarków mojej pamięci wyłania się postać Adriany Hawryluk, Donaty Diduszko – świetnych uczennic.

Bardzo zainteresowany historią był, mimo że chodził do klasy matematyczno-fizycznej, mój przewodniczący samorządu uczniowskiego – Krzysztof Staszewski (skończył prawo i został prokuratorem wojskowym, i to w owym czasie najmłodszym w swoim stopniu w Polsce), zawsze przygotowany do lekcji i zawsze poszerzający wiedzę ponad wymogi programowe.

Wtedy, a były to lata 70-te, oficjalna wykładnia historii, pełna zafałszowań i białych plam, tematów tabu, stanowiła gorset, który zaczął mnie uwierać i starałam się aluzyjnie dawać do zrozumienia, że nie wszystko jest zgodne z prawdą, ale Koźle to jednak prowincja, do której nie docierały żadne zagraniczne wydawnictwa historyczne ani nie było żadnego ośrodka fermentu intelektualnego, więc nauczyciel kształcony przez wyższe uczelnie w duchu oficjalnej wersji historii niewiele mógł zrobić bez oparcia o rzetelną literaturę. Dopiero pod koniec lat 70-tych, gdy czuło się już powiew nadchodzącego przełomu, można było buntować się przeciw oficjalnej wersji i zacząć kontestowanie. Miałam to szczęście, że udało mi się kupić w księgarni kilka wycofanych ze sprzedaży pozycji i dzięki nim mogłam przekazywać uczniom inną wiedzę niż podręcznikowa.

Gdy nastała „Solidarność”, wśród moich uczniów toczyły się burzliwe dyskusje i historia stała się przedmiotem pasjonującym.

Miałam wtedy wspaniałe klasy humanistyczne: głodne wiedzy, żądne prawdy, pełne pasji w swoich ostrych osądach. Pamiętam, jakie ostre dyskusje toczyły się w klasie Kasi Masalskiej(???) (1977-81), dziewczyny z polotem, obdarzonej wyobraźnią i temperamentem. Jej kolega klasowy Albert Lipnicki – precyzyjny, analityczny umysł – ciągle się ze mną o coś spierał. Ona także ciągle atakowała zatęchłe, zmurszałe „prawdy”. To prawdziwi pasjonaci i kontestatorzy.

Spotykaliśmy się w „Baszcie” i tam w ramach przygotowań do matury toczyliśmy długie i burzliwe dyskusje.

Kasia skończyła polonistykę i, mimo że jest daleko stąd, jest mi wciąż bardzo bliska. Albert napisał książkę o Opolszczyźnie (niestety, nie pamiętam tytułu). Inny mój bardzo dobry uczeń Ryszard Piątek jest dziś prawnikiem, a Krzysztof Tarka z innej klasy osiągnął w tym roku tytuł profesora (z historii) na Uniwersytecie Opolskim.

Cóż może być dla nauczyciela cenniejszego niż to, że jego uczeń osiąga tego rodzaju tytuł na wyższej uczelni? Krzysztof ukończył historię na uniwersytecie w Poznaniu. Pisał pracę magisterską o ostatnim komendancie AK na Wileńszczyźnie – Krzyżanowskim. Po studiach odwiedził szkołę i ofiarował mi swoją pracę (wydaną przez wydawnictwo polonijne) z dedykacją dla mnie. Bardzo wysoko cenię sobie ten gest.

W mojej pamięci piękną kartą zapisała się też klasa humanistyczna, do której chodziła Mariola Hnatów, Bożena Tataj, Alina Niedźwiedź, Barbara Wielgosz i Barbara Jurek. Ileż czasu spędziliśmy razem, organizując akademie z okazji Dnia Nauczyciela czy Dnia Kobiet (chyba najpiękniejsze ze wszystkich okolicznościowych akademii one właśnie wykonywały), czy w „Baszcie”. To były bardzo zaangażowane i uzdolnione dziewczęta. Alina Niedźwiedź miała autentyczny talent literacki i pisała teksty do znanych melodii. Dzisiaj jest jedną z trzech osób, które piszą scenariusz do serialu „M jak miłość” (Alina robi to pod nazwiskiem męża).

Basia Jurek to uzdolniona wokalistka, Mariola Hnatów miała talent plastyczny. Basia Wielgosz grała na fortepianie. Wszystkie zdawały maturę z historii (oprócz Marioli).

Nie sposób nie wspomnieć też o klasie humanistycznej z lat 1978-82. Angażowałam ją również do działalności artystycznej, ale przede wszystkim radość sprawiały mi lekcje historii w tej klasie. Były to burzliwe lata, gdy powstała „Solidarność”, a potem nastał ponury stan wojenny.

Pamiętam badanie wyników nauczania w tej klasie. Przy skali ocen 2-5 osiągnęli średnią 4,3 przy bardzo zaostrzonych kryteriach w stosunku do równoległej klasy biologiczno-chemicznej. Gdybym nie zaostrzyła kryteriów, średnia wyniosłaby 4,8!

Były w tej klasie tak świetne uczennice jak Aleksandra Wołoszczuk, Aleksandra Zgraja, Aleksandra Frej.

Zapamiętałam jedną lekcję przeprowadzoną w tej klasie wiosną 1982r. Od grudnia panował już stan wojenny. Nie można było swobodnie poruszać się bez przepustek, a ja właśnie podjęłam studia podyplomowe na UJ w Krakowie z zakresu filozofii i religioznawstwa. Na szczęście uczelnia przysłała dokument, który dawał mi swobodę wyjazdu do Krakowa. Któregoś dnia miałam w tej klasie temat: Kształtowanie się obozu socjalistycznego w latach 1944-1956. Ponury temat pełen tragicznych wydarzeń z naszej części Europy, w dodatku w podręczniku potraktowany tak lakonicznie, że niewiele można było stamtąd się dowiedzieć. Musiałam uczniom zaprezentować zupełnie inne fakty i inną interpretację. W klasie panowała cisza; od czasu do czasu ktoś zadał pytanie, ktoś poprosił o powtórzenie nazwiska. Nagle zza otwartego okna rozległo się pianie koguta. Zdumiałam się: miasto i kogut, cóż za kontrast! W dodatku to pianie było tak pełne mocy, tak triumfalne, że spojrzałam za okno. A tam cudowna wiosna: bujna zieloność traw, kwiaty zachwycające swoją kolorystyką, złociste promienie słońca prześwitujące, przez gąszcz listowia okalających szkołę drzew. Zauroczył mnie ten widok do tego stopnia, że przez chwilę zapomniałam, że mamy stan wojenny, że właśnie mam wykład o tym, jak niszczono demokrację i wolność w naszej części Europy.

Klasa dostrzegła moją fascynację urodą wiosennego poranka i dopiero jej uważne spojrzenia sprowadziły mnie z powrotem do ponurych lat powojennych. Kontynuowałam temat i w pewnym momencie dostrzegłam, że Aleksandra Frej patrzy na mnie uparcie, jakby chciała przeniknąć do moich myśli i odczuć. To była bardzo subtelna dziewczyna. 20 lat później przysłała mi kartkę z okazji Dnia Nauczyciela, w której dziękowała za życzliwość i wrażliwość na piękno. Przyznaję, że ta kartka sprawiła mi wielką przyjemność.

Po tej lekcji pojechałam do Krakowa i z rozkoszą słuchałam wykładu z filozofii. Wszystko to razem wzięte miało tamtego dnia posmak surrealizmu.

Jednym z najlepszych moich uczniów był Andrzej Demitrów (lata 1985-89). Należał do klasy humanistycznej, która wystąpiła w akademii poświęconej odzyskaniu niepodległości przez Polskę i w „Dniu Kozła”. Odegrał w obu występach pierwszoplanową rolę, śpiewając i recytując. Brał udział w olimpiadzie historycznej i zajął I miejsce w województwie. Po maturze wstąpił do seminarium duchownego, a obecnie przebywa w Watykanie i kończy pracę doktorską z zakresu biblistyki. Oprócz języka francuskiego i łacińskiego, wyniesionych ze szkoły, opanował język niemiecki, hebrajski i grekę. Po powrocie do Polski będzie wykładowcą na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Opolskiego.

Z ostatnich moich uczniów muszę wymienić Damiana Duszewskiego (l. 1989-93). Był to przypadek szczególny. Początkowo interesowały go przedmioty ścisłe (z matematyki i fizyki miał oceny bdb). W III klasie nastąpiła zdumiewająca przemiana: wykazał prawdziwe i głębokie zainteresowanie humanistyką. Był chyba najlepszym anglistą, jaki był w tamtym czasie w naszej szkole. Już w IV klasie zdobył certyfikat z angielskiego z najwyższą oceną, uzyskał więc formalnie uprawnienia do nauczania języka angielskiego w liceum, sam będąc jeszcze uczniem. W historii zrobił taki wielkie postępy, że poczułam się zmuszona po raz pierwszy w tej szkole i jako jedynemu mojemu uczniowi postawić ocenę celującą.

Wspaniała znajomość angielskiego pozwalała mu nawiązywać znajomości z cudzoziemcami i zgłębiać jego ulubioną literaturę angielską w oryginale. Damian wyróżniał się inteligencją i precyzją w myśleniu, a przy tym emanowała z niego życzliwość i optymizm. Skończył studia prawnicze na UJ w Krakowie z oceną bardzo dobrą. Obecnie jest wziętym radcą prawnym i prowadzi własną kancelarię.

Kilka miesięcy temu Damian napisał do mnie list, tak niezwykły i tak ważny dla mnie, że pozwolę sobie za jego zgodą i aprobatą przytoczyć jego fragment:

Pani Profesor! …Okres mojej nauki w kozielskim liceum przypada na lata 1989-93. Zaczynałem więc naukę w czasie, w którym nasz kraj odzyskał po tylu latach upragnioną i tak oczekiwaną wolność. Miało to poważny i przemożny wpływ na atmosferę tamtych lat. Mieliśmy poczucie, jak nigdy później, że na naszych oczach dzieje się coś naprawdę doniosłego i wspaniałego. Powstaje rząd T. Mazowieckiego, który cieszy się niezwykłym zaufaniem społecznym, pęka mur berliński- symbol żelaznej kurtyny, odbywają się pierwsze wolne wybory. Zawładnął nami entuzjazm, towarzyszyło nam poczucie wolności i otwarcia na świat. Przyszłość jawiła się jako coś obiecującego i ekscytującego.

Wszystkie te okoliczności sprawiły, że mieliśmy szczególny stosunek do wykładanego przez Panią Profesor przedmiotu. Historia nabrała znaczenia w związku z zaistniałą swobodą pozwalającą nam na formułowanie własnych ocen i wyrażanie własnych poglądów. Byliśmy niezwykle głodni wiedzy o najnowszej, niezafałszowanej historii, zdobywanie jej było jednak bardzo utrudnione z uwagi na brak nowych opracowań i podręczników. Z perspektywy lat mogę docenić, jak duże znaczenie miało zaangażowanie Pani w poznawaniu przez nas i rozumieniu najnowszej historii.

W obawie o to, abym nie był posądzony o wygłaszanie miłych, aczkolwiek nie zawsze zgodnych z prawdą komplementów, ograniczę się do napisania o jednym, wciąż żywym wspomnieniu. Chodzi o to, czym wzbudzała Pani mój szczery podziw w latach szkolnych i co odróżniało Panią od innych nauczycieli. Był to niezwykły intelekt. Wyrażał się on w znajomości niezliczonej ilości faktów i był połączony z niespotykaną umiejętnością ich szybkiego, logicznego analizowania, szukania między nimi wzajemnych relacji, przeprowadzania syntezy. Nieraz zastanawiałem się, jak to jest możliwe, aby człowiek mógł posiadać taki chłonny i precyzyjny umysł, który na zawołanie niemal potrafi wydobyć takie bogactwo wiedzy. Słuchanie i obserwowanie prowadzonych przez Panią zajęć było dla mnie źródłem motywacji do pracy nad własnym umysłem. To wspomnienie przetrwało do dziś. Nie zmienił go fakt, że zetknąłem się z wieloma wybitnymi intelektualistami na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ze zdziwieniem stwierdzam, że spotkałem niewielu, których mógłbym postawić z Panią w pierwszym szeregu.…

Zapewne wielu osobom trudno będzie zgodzić się z treścią tego listu, ale chyba nikt nie zaprzeczy, że jest on ważnym świadectwem mojej pracy.

Moja klasa. Każdy nauczyciel to równocześnie wychowawca. Nawet nieświadomie oddziałuje na postawy młodych ludzi i wpływa na ich rozwój. Dane mi było w ciągu 31 lat pracy być wychowawczynią wielu klas najpierw w szkole podstawowej (gdy szkoła podstawowa i liceum były połączone w postaci 11-latki), a potem liceum.

Ze szkoły podstawowej utrwaliło się w mojej pamięci kilka postaci: Izabela Mazur i Rysio Więcek, z którym potem tyle rzeczy zrobiliśmy w samorządzie uczniowskim, Andrzej Sośmierz – późniejszy dyrektor Śląskiej Kasy Chorych w Katowicach i Leszek Teleszyński – aktor znany z takich filmów jak „Potop” i „Trędowata” (obecnie gra w serialu „Złotopolscy”). Mój kontakt z oboma ostatnimi był jednak zbyt krótki, abym mogła powiedzieć, że ich znałam. Leszek Teleszyński już wtedy wyróżniał się urodą i pięknym, aksamitnym głosem.

W liceum byłam wychowawczynią 2. klas o profilu matematyczno-fizycznym, jednej biologiczno-chemicznej i 4. humanistycznych.

Lubiłam wszystkie, ale najważniejsza w moim życiu była i po dziś dzień jest moja pierwsza klasa wychowawcza z lat 1970-74. Była to klasa o profilu matematyczno-fizycznym: zostałam ich wychowawczynią nie 1 września, lecz 3 tygodnie później, bo przydzielona im jako wychowawczyni romanistka p. Broda zdecydowała się zmienić miejsce pracy. Z tego powodu przyjęłam założenie (niesłuszne jak się potem okazało), że klasa zdążyła się już przywiązać do pierwszej wychowawczyni i przyjmie mnie z rezerwą, a być może nawet wrogo. Gdy pierwszy raz weszłam do klasy i zobaczyłam tłum 40 osób wpatrzonych we mnie dość chłodnym, przede wszystkim badawczym wzrokiem, poczułam się jak wojownik, który stanął na ringu do ciężkiej i nierównej walki. Bo co też to była za klasa!

Po roku wzajemnego obserwowania się, wypatrywania słabych stron, ukrywania zalet, okazało się, że mam zespół stanowiący mozaikę różnorodnych temperamentów, umysłów i charakterów. Był tam Edzio – wszechstronnie uzdolniony, koleżeński i życzliwy dla wszystkich, a przy tym solidarny z klasą i ulegający namowom do różnych uczniowskich grzechów, był Zbysio – typ intelektualisty; chłodny, analityczny umysł poddający krytycznemu rozbiorowi każde zdanie rozmówcy, pogardzający humanistyką, a zafascynowany niezmierzonym bezkresem kosmosu, ryzykant gotów do najbardziej zwariowanych wyczynów bez względu na ich konsekwencje; były dziewczynki-kokietki przymilne, urokliwe i uwodzicielskie, była Tereska już wtedy wykazująca cechy przyszłego dyrektora (już w II klasie mówiła o sobie, że jest gwiazdą), był Piotruś – gawędziarz, uwielbiający opowiadać różnie historyjki, był Staś – żartowniś sypiący jak z rękawa różnymi dowcipami, był drugi Piotr – introwertyk milcząco przyglądający się swoim rozbawionym kolegom.

Jako całość klasa była psotna i figlarna, lubiąca robić nauczycielom różne niespodzianki. Raz po raz docierały do mnie skargi różnych nauczycieli na wybujały temperament mojej klasy. Kiedyś ktoś przyniósł szpulkę nici do szkoły, omotał się nią w czasie lekcji i podał następnemu. Ten zrobił to samo i pod koniec lekcji cała klasa była opleciona jak pajęczyną. Nikt nie mógł wstać samodzielnie. Gdy zabrzmiał dzwonek, wszyscy czekali w milczeniu aż nauczyciel wyjdzie z klasy, aby nie zdradzić fatalnych więzów.

Innym razem klasa zamiast ustawić się karnie pod drzwiami gabinetu, w którym miała mieć lekcje, schowała się za rogiem. Zdenerwowana nauczycielka pobiegła po dyrektora i gdy przybyła w jego towarzystwie, klasa grzecznie i cichutko stała pod drzwiami.

Na jednej z lekcji powbijali w ławki szpilki i w czasie zajęć potrącali je delikatnie. Szpilki wydawały wibrujący dźwięk, a nauczyciel nie potrafił odkryć pochodzenia tego dźwięku. I tak przez całą lekcję…

Na Dzień Nauczyciela kupili piękny bukiet kwiatów i wysłali do jednej z pań profesorek chłopca, którego ona nie lubiła. Lepiej przemilczeć, co się potem działo.

Taka właśnie klasa otrzymała jako wychowawczynię osobę traktującą bardzo serio życie, ze słabo rozwiniętym poczuciem humoru, kiepsko znoszącą różne uczniowskie psikusy, rygorystyczną w stosunku do obowiązków. Nic więc dziwnego, że dwa pierwsze lata to były ciężkie zmagania z klasą. Na szczęście miała ona też zalety: osiągała dobre wyniki w nauce i lubiła prace społeczne, a szczególnie wykopki.

W II klasie we wrześniu pojechaliśmy na wykopki do jakiegoś PGR-u. Ponieważ pojechało kilka klas, było też z nimi sporo opiekunów. Ja byłam wtedy przed jakimś egzaminem, więc wzięłam ze sobą książkę, bo w swojej naiwności myślałam, że skoro jechało tylu opiekunów, klasa będzie spokojnie pracowała. Gdy tylko siadłam gdzieś w kąciku i wyciągnęłam książkę, przybiegła do mnie jedna z pań profesorek mówiąc, że moja klasa urządza bijatyki. Zerwałam się, biegnę i widzę, że w powietrzu fruwają kosze, ziemniaki, części garderoby. Zgroza! Nie pamiętam, co im wtedy powiedziałam, ale odtąd z marsową miną sterczałam nad nimi do końca prac. Długo nie mogłam tego zapomnieć i wybaczyć.

Nie wiem, jak to się stało, ale w końcu polubiłam tę klasę. Być może wpływ na to miało wydarzenie związane z konkursem piosenki radzieckiej. W szkole niektóre klasy miały wychowanie muzyczne, ale moja klasa go nie miała. Gdy ogłoszono konkurs, poprosiłam nauczyciela muzyki, aby pomógł nieco mojej klasie opracować wybraną piosenkę. Była to „Kalinka”. Pan Jeński spełnił prośbę i moja klasa często ćwiczyła tę melodię. Nie marzyłam o zwycięstwie, bo uważałam, że w konkurencji z klasami muzycznymi nie mają szans. Tym większa więc była moja radość, gdy klasa po żywiołowym występie zajęła I miejsce, wyprzedzając klasy muzyczne.

Po ogłoszeniu werdyktu wychowawczyni młodszej o rok klasy mat-fiz (a więc też bez wychowania muzycznego) zaproponowała, aby specjalną nagrodę przyznać najlepszej klasie niemuzycznej. Oczywiście, chodziło o jej klasę. Tak się stało. Nie wiem, co osłabiło nasz refleks, ale ani moja klasa, ani ja wtedy nie zareagowaliśmy. Dopiero następnego dnia uświadomiliśmy sobie, że stała się niesprawiedliwość. To moja klasa była najlepszą klasą niemuzyczną i jej się ta nagroda należała. Interwencja u dyrektora nie pomogła, werdyktu nie zmieniono, więc pozostało poczucie niesprawiedliwości i nieczystej gry.

Powiedziałam sobie, że nigdy więcej do tego nie dopuszczę, aby ktoś skrzywdził moją klasę. W III klasie coś się zmieniło w naszych relacjach, a w IV była idealna harmonia i wzajemnie zrozumienie.

Broniłam klasy, gdzie się tylko dało i starałam się, aby wszyscy zostali dopuszczeni do matury. Jedna tylko rzecz mnie strasznie irytowała; po próbnej maturze klasa zaczęła wagarować. Nie mam za grosz zrozumienia dla wagarowiczów, toteż wyczyny mojej klasy w tym względzie doprowadzały mnie do białej gorączki.

Kiedyś umówiliśmy się na wiórkowanie gabinetu po lekcjach. Gdy rano przyszłam do szkoły, od razu doniesiono mi, że mojej klasy nie ma. Cała klasa w komplecie poszła na wagary. Miotała mną bezsilna złość i myślałam, jak ich ukarać. Po lekcjach patrzę, a tu ciurkiem, jedno za drugim zjawiają się moi wychowankowie i bez słowa zabierają się do pracy. Nie odezwałam się do nich ani słowem i tak w milczeniu gabinet został pięknie wysprzątany, a klasa czuła, że tym razem przeholowała.

Pięknie zdali maturę, a potem 82% z nich dostało się na studia. To bardzo dobry wynik. Kiedy odeszli, odczułam po nich wielką pustkę, ale więź, która się między nami zawiązała, trwa do dziś. Ilekroć się spotykamy, czas okazuje się dla nas łaskawy, cofa się i my czujemy się tak, jakby cały świat był przed nami do zdobycia.

W 30. rocznicę matury zaprosili mnie na spotkanie nad jez. turawskim i ofiarowali piękny dar. Czy wielu wychowawcom to się zdarza? Mnie się zdarzyło. Jestem z nich dumna i każde z nich jest dla mnie kimś bliskim.

Z innych klas, których byłam wychowawczynią bardzo ciepło wspominam Grażynkę Mendel, Tomka Świątkowskiego (dziś lekarz internista), Małgosię Ignac (lekarz – neurolog w Opolu) – moją wspaniałą przewodniczącą, zaradną, szlachetną, skłonną do pomocy innym; Grażynkę Hebdę – również przewodniczącą – i podobnie jak Małgosia – bardzo prospołeczną; Andrzeja Demitrowa i wielu, wielu innych, ale nie sposób wszystkich wymienić. Przepraszam ich za to i proszę o zrozumienie. Zapewniam jednak, że wszystkich mam w swej pamięci.

Kim są dziś moi uczniowie i wychowankowie?

To prawnicy, lekarze, nauczyciele, bankowcy, artyści, naukowcy. A więc elita!

Mam nadzieję, że nie będzie zarozumiałością, jeśli powiem, że i ja jakąś cegiełkę w kształtowanie tej elity włożyłam. Jeśli kogoś nieświadomie zraniłam, proszę o wybaczenie, a wszystkim moim uczniom dedykuję te słowa, którymi żegnałam absolwentów:

Dzwonek szkolny nie będzie już wybijał rytmu waszych godzin, a czas miniony nigdy nie powróci. Każdy z Was zmierza własnymi drogami ku dalekim celom. Jakie to cele, kim chcecie być, kim już jesteście? Tego nie wiem, ale chciałabym, aby w waszej wędrówce poprzez własne życie zdarzył się wam taki moment, kiedy to gdzieś na polu lub na łące usłyszycie krzyk dzikich gęsi, które odlatując oznajmiają nam, że oto skończyło się kolejne lato w ich i naszym życiu.

Oby ten moment stał się dla was chwilą refleksji nad tym, jak krótkie jest nasze życie i co w tym życiu jest naprawdę ważne.

Chciałabym, abyście często spoglądali w gwiazdy i wsłuchiwali się w ciszę kosmosu. Może kiedyś w tej ciszy usłyszycie czyjeś wołanie o pomoc. Biegnijcie ku niemu bez namysłu, albowiem za lat kilka lub kilkanaście może to być wasze własne wołanie.

Człowiek to otchłań. Jest w nim wszystko: dobro i zło, miłość i nienawiść, szlachetność i podłość. Wybierzcie z tej otchłani to, co pozwoli wam przejść przez życie z dumą i poczuciem godności.

W tych trudnych czasach, które dla wielu chwilami stają się udręką, życzę wam, abyście napotkali wyspy szczęścia. One są, ale trudno je odnaleźć, a jeszcze trudniej je zatrzymać dla siebie. Szczęście jest kruche i ulotne, łatwo nas opuszcza. Jeśli jednak zdarzy się wam zamiast niego lub obok niego cierpienie, pamiętajcie, że jest ono nieodłącznym elementem ludzkiego losu i wzbogaca nas bardziej niż cokolwiek innego.

Życzę Wam w waszym życiu wielu drobnych radości i odrobiny wielkiego, ludzkiego szczęścia.

A jeśli kiedyś w myślach powrócicie do szkoły, to zabierzcie z sobą w świat zapach kwitnących kwiatów magnolii.

Janina Otrębowicz

mgr Jadwiga Stefanowicz

„Chciałbym i swój ślad na drogach

Ocalić od zapomnienia”

(K. I. Gałczyński)

 

Moja szkoła obchodzi 60-lecie istnienia. Użyłam tego określenia, bo tu było całe moje dorosłe i zawodowe życie, przepracowałam w tej instytucji 38 lat i 2 lata na pół etatu, co daje w sumie 40 lat, a więc 2/3 jej funkcjonowania.

Mimo tej odległej perspektywy czasowej dokładnie pamiętam pierwszy dzień pracy, nawet to, jak byłam ubrana, gdzie usiadłam w pokoju nauczycielskim, twarze spotkanych ludzi, ich glosy, życzliwe uśmiechy, a przede wszystkim śp. dyrektora, p. A. Cieciurę.

Pracę rozpoczęłam po ukończeniu studiów. Koźle spodobało mi się, rynek – wówczas pełen kwiatów i drzew, a gmachem szkoły byłam oczarowana. Trochę czasu minęło, zanim poznałam architekturę wnętrza budynku.

Mieściły się w nim dwie szkoły: podstawowa i liceum. Na przerwach widziało się te ogromne kontrasty: malutkie dzieci i dorosłych maturzystów, którzy ustępowali im z drogi.

Od września uczyłam we wszystkich klasach liceum, ponieważ p. G. Fernezy była na urlopie macierzyńskim. Bałam się, czy mam wystarczającą wiedzę, aby stanąć przed młodzieżą. Wiedziałam, że dla uczniów nauczyciel musi być autorytetem intelektualnym.

Na studiach zdobywa się niewiele umiejętności praktycznych, trzeba w czasie pracy dochodzić do nich metodą „prób i błędów”. Między mną a uczniami była niewielka różnica wieku – 3, 4 lata, musiałam więc udowodnić, że jestem od nich nieco mądrzejsza.

Kiedy p. G. Fernezy wróciła z urlopu, przydzielono mi klasy V – VIII i I klasę w Liceum. Teraz z kolei nie wiedziałam, czy potrafię pracować z dziećmi. Uważam, że był to cudowny okres w mojej pracy, dzieci były dobre i mądre, a kiedy wchodziłam na lekcję smutna, pytały, czy mogą mi zaśpiewać piosenkę.

Wówczas obowiązywała „rejonizacja” w szkołach podstawowych, dlatego rodzice dokonywali „cudów”, aby od V klasy dziecko chodziło do „naszej” podstawówki. Był w niej bardzo wysoki poziom, bo od V klasy uczyli w niej nauczyciele z liceum. Szkołą podstawową kierowała p. C. Skowron, osoba pełna kultury i taktu wobec nauczycieli, od której doznałam wiele dobroci. Po kilku latach absolwenci podstawówki stawali się uczniami Liceum. Świetnie zdawali egzamin wstępny, bo nie robili błędów ortograficznych, byli oczytani, umieli mówić i samodzielnie myśleć. Oczywiście, prawie każdy przeczytał „Trylogię”, bo przecież szedł do Liceum im. H. Sienkiewicza. Na moich oczach dokonywała się metamorfoza – z małych dzieci wyrosła mądra młodzież. Spotykaliśmy się w Liceum, więc nie musieliśmy się na nowo poznawać. Po maturze odchodzili w świat, budowali własne życie, ale ten wieloletni kontakt z jednym miejscem i określonymi osobami wyrobił w nich silną więź emocjonalną z naszą szkołą.

Niektórzy, do dzisiaj nie potrafią się od niej uwolnić, np. p. dyr. Ryszard Więcek. Przy okazji chcę jeszcze raz publicznie przeprosić p. Dyrektora: „Rysiu, wybacz mi, że kiedyś na zabawie zabrałam Tobie kowbojski kapelusz, zepsułam przez to całość kostiumu i zaprzepaściłam Twoje szanse u jakiejś „wybranki”. Pomyśl, może uratowałam Twoje życie, zająłeś się nauką, skończyłeś studia, zostałeś dyrektorem. Spróbuj już ten niefortunny incydent przeboleć”.[1]

Byłam wychowawczynią klas podstawowych, potem już licealnych. Teraz rozumiem, że był to swoisty staż nauczycielski i sprawdzian, jak ktoś sobie radzi z większymi problemami.

Bardzo przeżywałam egzaminy dojrzałości, szczególnie moich klas, za braki i niepowodzenia uczniów obwiniałam siebie, myślałam, że za mało pracowałam, nie wszystko powtórzyłam na lekcjach. Dopiero potem zrozumiałam, że to uczniowie muszą chcieć, mieć ambicję, jeżeli tego nie ma, nie pomoże nawet najlepszy nauczyciel.

Próbowałam obliczyć, ilu przez te lata wychowałam maturzystów. To trudna operacja matematyczna, ale na zasadzie prawdopodobieństwa można przyjąć, że ponad 1000. Uczyłam także przyszłe pielęgniarki, milicjantów (według rozkazu mieli się dokształcać!).

Moich dawnych uczniów spotykam wszędzie, na ulicach, w biurach, bankach, szpitalu, sądzie, szkołach. Cieszę się, że są wykształceni, pełnią odpowiedzialne funkcje, ratują ludzkie życie. Wielu z nich to księża i zakonnicy pracujący na innych kontynentach.

Ze wszystkich jestem dumna, bo może w ich umysłach i psychice jest choć promil mojej pracy. Czasem mi smutno, kiedy widzę naszego absolwenta pijanego, albo słyszę, że jest złym mężem i ojcem, to tak bym chciała, aby wszyscy byli dobrymi ludźmi.

W ciągu moich lat pracy zmieniło się pięciu dyrektorów szkoły. Każdy z nich był inna osobowością, ale wszyscy dbali o wysoki poziom nauczania i prestiż szkoły w środowisku. Długo obowiązujące mundurki i tarcze szkolne wyróżniały naszą młodzież.

Za kadencji śp. Dyr. A. Cieciury Jego zastępcą była p. J. Cichy. Ona sprawowała nadzór pedagogiczny nad młodymi nauczycielami, w tym nade mną. Wtedy myślałam, że „dawała się we znaki”, ale teraz wiem, że uczyła systematyczności, wymagała pracowitości, egzekwowała kulturę bycia, słowa, elegancji od uczniów i nauczycieli. Była typem jeszcze „przedwojennej” pani, która wszystkich „stawiała na baczność”. I chwała Jej za to, bo nasza szkoła była nie tylko placówką kształcącą, ale i wychowującą. Nigdy nie słyszałam, aby mówiła podniesionym głosem, ale wystarczyło, aby zlustrowała człowieka „od stop do głów”, czy zapytała nauczyciela w swetrze: „Kolega wyjeżdża na wycieczkę?”, aby każdy zrozumiał, co jest niewłaściwe.

Ponad 20 lat dyrektorem był p. R. Pacułt, mój kolega (przyszedł do pracy rok przede mną), który reprezentował grupę najmłodszych dyrektorów. Za jego kadencji szkoła umocniła swój prestiż. Dyrektor dbał o obraz szkoły, rozbudzał aktywność młodzieży i zaangażowanie rodziców w życie szkoły, co dawało efekty. Mówi piękną, poprawną polszczyzną, tak ważną w wystąpieniach publicznych. Trzeba pamiętać, że wszyscy dyrektorzy musieli pokonywać przeszkody natury ekonomicznej i gospodarczej. Częste awarie sieci grzewczej potęgowały w nas marzenie o wiośnie i cieple. Zimy mijały, magnolie zakwitały i powtarzał się cykl wydarzeń.

Ogromną zasługą p. dyr. J. Słowiak było przywrócenie szkoły do życia po strasznej powodzi. Podziwiałam Jej siły fizyczne i psychiczne, bo przecież miała zalane także swoje mieszkanie. To był najsmutniejszy początek roku, kiedy żywioł odebrał nam miejsce pracy i nauki. A potem była radość powrotu i radość z każdego odnowionego pomieszczenia. To jest tak, jak pisał J. Kochanowski: „Radość się z smutkiem plecie”…

Po wielu latach pamięć ludzka dokonuje selekcji wydarzeń, pozostają w niej fakty radosne lub dramatyczne, ale na zawsze utrwalają się postacie ludzi.

Kiedy zaczynałam pracę, byli jeszcze nauczyciele „przedwojenni” – śp. Państwo Kotowiczowie, p. Ostojska, p. Janyk. Pamiętam ich jako ludzi ogromnej kultury, z bagażem tragicznych przeżyć, o których rzadko mówili. Mnie chyba traktowali jak swoją córkę. Profesor Kotowicz zamiast papierosa dawał mi cukierka, nauczył obliczać frekwencję, bo miał dość mojego comiesięcznego natręctwa. Powiedział: „Dziecko, to proste obliczyć procent. Usiądź, pokażę, jak to się robi”. Kiedy idę na grób Państwa Kotowiczów, zawsze za wszystko dziękuję.

Pamiętam też p. Ostojską i jej doskonałą kuchnię, bo każda wizyta w jej domu to był poczęstunek daniami wschodniej kuchni. Pani Ostojska z góry zakładała, że każdy wchodzący jest głodny i trzeba go nakarmić.

Panie prosiły mnie, abym przyszła na zabawę klas I-IV i V-VIII, aby pobawić się z dziećmi. Same nie miały już siły na takie „harce”. Lubiłam dzieci, chętnie szłam, a starsi chłopcy ładnie tańczyli, więc mogłam sama też mieć trochę radości. To właśnie na takiej zabawie zabrałam kapelusz obecnemu dyrektorowi (sumienie pedagogiczne nie daje mi spokoju!).

Grono pedagogiczne było nieliczne w porównaniu z obecnym, dlatego łączyły nas silne więzi sympatii, czasem nawet przyjaźni.

Żyliśmy sprawami i kłopotami innych, staraliśmy się sobie wzajemnie pomagać, razem spędzaliśmy wakacje, bywaliśmy u siebie w domach, kupowaliśmy drobne upominki na imieniny, jeździliśmy na wycieczki. Mieszkaliśmy różnie, dlatego chętnie szliśmy do ładnych, zadbanych mieszkań: p. S. Misiewicz czy państwa Capich. Tradycją było, że po pochodzie 1-majowym szliśmy na imieniny p. Z. Capiego. Prof. Imielska to doskonała gospodyni, a jakie ciasta piecze! Wiedzieliśmy o sobie bardzo dużo, martwiliśmy się chorobami w rodzinie, a potem, kiedy rodziły się dzieci, pojawiały się inne problemy. Najgorsza w kontaktach miedzy ludźmi jest zawiść i zimna obojętność. Nam te uczucia były obce. Może dlatego do dziś witamy się serdecznie. Zawsze w mojej pamięci będą p. S. Misiewicz, p. H. Jankiewicz (Zborowska), p. A. Cielecki, p. M. Wędzicha, p. J. Otrębowicz, p. K. Pustelnik, p. H. Imielska, p. R. Pacułt, p. Z. Szal. A potem ludzie zaczęli odchodzić: zmarł p. J. Kałuża, p. Z. Capi, przyszła wiadomość o śmierci p. A. Cieciury, p. J. Cichowej, w czasie pewnych wakacji odszedł nasz absolwent i kolega z pracy p. Cz. Olichwer.

W czasie mojej pracy trzykrotnie przeżyłam śmierć uczniów, jeden z nich, Romek, był moim wychowankiem. To tragizm rodziców, przerażenie całej szkoły, nasz ból i odwieczne pytanie: dlaczego? Byli przed maturą, dopiero wkraczali w życie.

Wyspiański powiedział: „Teatr swój widzę ogromny”. Ośmielam się strawestować słowa mistrza i powiedzieć „Szkołę widzę ogromną”. Przecież to już parę tysięcy absolwentów, a część z nich to moi wychowankowie.

Praca nauczyciela jest specyficzna, nie widzimy natychmiast jej efektów, to zweryfikuje czas. Relacja uczeń – nauczyciel wywołuje emocje, każdy moment jest niepowtarzalny i to powoduje, że tak trudno zerwać z tym zawodem, choć tak często powtarzamy przekleństwo: „Bodajbyś cudze dzieci uczył”. Dziś myślę, jak przez tyle lat godziłam pracę, prowadzenie domu, wychowanie dziecka, codzienne kłopoty i trudności, poprawianie prac, czytanie na bieżąco. Może mamy jakiś dodatkowy gen, a może po prostu kochamy tę ciężką pracę. Po jej zakończeniu pozostaje parę dokumentów w archiwum, ale my nie odchodzimy w mrok historii, bo obok nas są ludzie powiązani z nami niewidzialną specyficzną więzią – to nasi uczniowie.

Mam to szczęście (a może to nagroda za pracę?), że wielu absolwentów to ludzie mi bardzo bliscy, którzy byli obok mnie, kiedy i mnie dosięgła ciemność. Pewno byli zdziwieni, że profesorkę typu „nie gniotsia, nie łamiotsia” też można pokonać.

Dziękuję Bogusi Napierajczyk (Łydka), Grażynce Hebdzie (Stelmach) za ich wizyty i rozmowy, za to, że ze mną były, że cieszyły się z mojego śmiechu i powrotu do humoru. Ewce Jędrzejowskiej (Marmaj), że znalazła chwilę czasu, aby mnie odwiedzić.

Ważnymi postaciami w moim życiu są p. dr Zyta Zarzycka i Alicja Pięta (Bartosz), które uczyłam, a one są moimi przyjaciółkami. To bardzo dobrzy ludzie, oddane, chętne do pomocy. Na nie mogę zawsze liczyć i za to dziękuję.

Moje myśli biegną też do dalekiego Kamerunu, gdzie jest Piotr Lepich, zakonnik, który co parę lat przyjeżdża do Polski i wtedy mam szczęście z nim rozmawiać. Wzruszające są Jego telefony w Wigilię z życzeniami. Przepowiadam też dużą karierę ks. Andrzejowi Demitrowowi, studiującemu w Rzymie. Ciekawe, czy Arek Latusek już obronił doktorat? Chyba tak, przecież to laureat Olimpiady Polonistycznej na stopniu centralnym. Dumna jestem z ich osiągnięć naukowych.

Dziękuję wszystkim, którzy mnie pamiętają, rozpoznają, wysyłają kartki z życzeniami na imieniny, święta. To dowód ogromnej kultury wyniesionej z domu i ze szkoły.

To, co napisałam, jest tylko niewielką częścią moich przeżyć. Kiedy patrzę na współczesność, to stwierdzam, że jednak miałam szczęście pracować w dobrej szkole z wartościową młodzieżą.

Kiedy patrzę na zdjęcia z tamtych lat, odżywają wspomnienia wycieczek, studniówek, balu kostiumowego, akademii…I na wszystkich są twarze młodzieży. Cieszę się, że mam te materialne pamiątki świata, który odszedł bezpowrotnie.

A mojej szkole, już nowoczesnej, życzę samych sukcesów i niech na zawsze pozostanie dumą miasta.

Jadwiga Stefanowicz

[1] Było to podczas zabawy noworocznej w mojej 2. kl. szkoły podst. Oczywiście przebolałem, a w świetle powyższych domniemań – dziękuję!