prof. Bogusława Wacowska

prof. Bogusława Wacowska

Z żalem informujemy, że zmarła prof. Bogusława Wacowska.

Pani profesor rozpoczęła pracę w naszej szkole 2 września 1969 r. Uczyła języka rosyjskiego. Należała do grona wymagających, ale „skutecznych” nauczycieli . Jej uczniowie wspominali, że nie mieli żadnych problemów z rosyjskim podczas studiów.  W szkolnych kronikach nazwisko profesorki przewija się często jako organizatorki (lub współorganizatorki) różnych imprez i akademii.

Pani prof. Bogumiła Wacowska zakończyła pracę w naszym liceum w 1975 r. W swej dalszej zawodowej karierze pracowała przemyśle. Była zatrudniona w Instytucie Gospodarki Materiałowej w Katowicach na stanowisku tłumacza i kierownika pracowni dokumentacji. Ukończyła studia podyplomowe w zakresie języka angielskiego i powróciła do  w szkolnictwa, do Szkoły Podstawowej nr 39 w Sosnowcu.

W ostatnich latach często odwiedzała naszą szkołę, bo – jak sama mówiła – tu spędziła swoje najlepsze lata. Trzeba dodać, że sama była absolwentką I LO z roku 1964.

Dwa miesiące przed maturą. B. Wacowska - czwarta. [fot. arch. I LO]

 

Ukończone szkoły: Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Opolu, studia podyplomowe na uniwersytecie im. A Mickiewicza w Poznaniu („Informacja naukowa i bibliotekoznawstwo”) Uzyskane odznaczenia, nagrody, wyróżnienia, publikacje i inne osiągnięcia: Nagroda Ministra Oświaty III – go stopnia, nagrody dyrektorów zakładów pracy.

Pogrzeb odbędzie się w Zawierciu

W ostatnim roku Pani Profesor napisała kilka tekstów-wspomnień do książki z okazji VII Zjazdu (Zjazd w organizacji, książka powstaje).  Poniżej publikujemy teksty z 2005 r. Z książki wydanej z okazji V Zjazdu Absolwentów.

mgr Bogusława Wacowska                                                         Sosnowiec, 15 lutego 2005r.

 

Nasze Liceum i kwitnące magnolie. Chyba nikt z nas nie zapomniał pięknych magnolii kwitnących wiosną przed szkołą. Myślą, że uczniowie byłej klasy 4a z 1964 roku pamiętają też 1988r. i kwitnące jabłonie. 14. 05. 1988r. nasza klasa zebrała się na koleżeńskim spotkaniu w Jakubowicach 24 lata po zdaniu matury. Były to również „Dni kwitnącej jabłoni”. Na wzgórzach, ciągnących się hektarami, kwitły jabłonie. Spacerowaliśmy pośród pachnących drzew, rozmawialiśmy, wspominaliśmy. Prawdziwy raj na ziemi. Nasze spotkanie zaszczycili swoją obecnością: wychowawczyni pani Grażyna Ferenzy i pan dyrektor Ryszard Pacułt. Na Sali w pałacu w Jakubowicach wychowawczyni odczytała listę obecności. Zawsze byliśmy zdyscyplinowani. Poza trzema osobami przebywającymi za granicą stawiliśmy się w komplecie. Wyczytana osoba w skrócie opowiadała historię swojego życia osobistego i zawodowego. Ktoś przywiózł zdjęcia ze szkolnych lat. Zobaczyliśmy siebie na czarno- białych fotografiach. Dobrze jednak pamiętaliśmy wizytowe, granatowe mundurki i granatowe berety obszyta żółtym siutasiem. Strój uczniowski, czyli na co dzień fartuszek z białym kołnierzykiem i berety oraz papucie były regularnie sprawdzane w szkole o godz. 8 rano. Ponieważ dyżurny nauczyciel stał przy wejściu za drzwiami szkoły często z bocznych okien korytarza fruwały berety i spadały worki z papuciami, które były wybawieniem dla zapominalskich.

Aby znaleźć się na zajęciach z w- f, należało przebiec park przeszkoleń, przeciąć ulicę Piastowską i dobiec do parku po przeciwległej stronie gdzie znajdowała się sala gimnastyczna. Aktywność dominowała. Później, kiedy uczyłam już w naszym Liceum, uczestniczyłam w otwarciu nowej sali gimnastycznej. Często, jako młodzież, uczestniczyliśmy w porankach muzycznych. Uczono nas jak kochać i rozumieć muzykę. Pamiętam jak utwory Chopina grał w naszej szkole młody Piotr Waleczny. Zamiłowania do muzyki pozostało i dzisiaj pozwala mi ona przetrwać trudne chwile życia. Pozostało tez zamiłowanie do języków, obcych i poezji.

Tempo życia zaciera wcześniejsze obrazy wprowadzając nowe. A jednak „Są ludzie i chwile, których nigdy zapomnieć się nie da” – tak głosi motto w moim albumie ze zdjęciami podarowanymi mi przez moją I klasę- żeńską. Była to Ic w roku szkolnym 1969- 1970. Współpraca z klasą układała się dobrze i doprowadziła „moje dziewczyny” do matury. Pracę rozpoczęłam od razu po studiach w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu (dzisiaj Uniwersytet Opolski). Byłam bardzo młoda, kiedy rozpoczęłam pracę pedagoga w naszym Liceum. Po klasie IVc otrzymałam wychowawstwo w klasie Ia, którą uczyłam 2 lata. Była to bardzo zdolna i inteligentna klasa. W naszym Liceum pracowałam 6 lat, po czym przeniosłam się z rodzicami do województwa katowickiego.

Praca pedagoga w tym czasie nie była łatwa. Codziennie musiałam przepracować 6 godz. lekcyjnych (soboty nie były w tym czasie wolne) i solidnie przygotowywać się do wykładanych zajęć. Wymagania stawiane nauczycielowi były bardzo wysokie. Do zajęć językowych nie posiadaliśmy zbyt wiele ćwiczeń. Opracowałam je sama na podstawie tekstów z podręcznika. Swoje pierwsze „szlify” pedagogiczne zdobywałam w naszym Liceum pod kierunkiem pana profesora Zygmunta Capiego. Wcześniej w latach 1961-1964 uczył naszą klasę języka rosyjskiego. Jedną z metod, którą przyjęłam od pana Capiego było przygotowanie ćwiczeń gramatycznych przed lekcją na tablicy. Przerwa zwykle była zajęta, jednak w ten sposób wypracowało się w uczniach i ćwiczyło pamięć wzrokową i słuchową, czytanie i pisanie w języku obcym. Hospitacje lekcji przez dyrektora szkoły odbywały się często i regularnie. Oczywiście nikt nie uzgadniał z nauczycielem dnia hospitacji ani godziny lekcyjnej, jak to bywa dzisiaj.

Nauczyciel musiał być zawsze przygotowany na taką ewentualność. W czasie mojej pracy w naszym Liceum dyrektorem był najpierw magister, a potem doktor Ryszard Pacułt. Obowiązywała dyscyplina i porządek. Młodzi nauczyciele z szacunkiem odnosili się do swoich starszych kolegów a dyrektor, wiadomo, czuwał nad wszystkim. Hospitacje, jak już wspominałam odbywały się nieoczekiwanie. Pewnego dnia, jak zwykle, przygotowywałam w czasie przerwy ćwiczenia na tablicy w klasie. Drzwi klasy były zamknięte a za drzwiami słychać było gwar normalnej przerwy. W pewnym momencie rozległ się dzwonek a po chwili szum i gwar pod klasą ucichł. To był sygnał, że dyrektor właśnie przyszedł na hospitację. Młodzież stała ustawiona przed salą i w ciszy czekała. Przestałam pisać, a kiedy otworzyłam drzwi klasy, wpadłam w promienny uśmiech pana dyrektora, który ze swoim, znanym wszystkim wdziękiem powiedział: – „Koleżanko czy można?” Retoryczne pytanie zakończyło się skinieniem głowy, bowiem w piersiach poczułam kołatanie serca i widziałam drżą mi ręce. Kiedy wszyscy wchodzili do sali, pracowałam nad sobą, aby opanować zdenerwowanie, po czym z miną poważnej profesorki rozpoczęłam zajęcia. Kiedyś, a też na ogół często się to zdarzało, przeżyłam hospitację z kuratorium oświaty. Po zakończonej lekcji podszedł do mnie jeden z wizytujących i powiedział: „Pani to się chyba nigdy nie denerwuje”. Oczywiście o tym, jak bardzo się denerwowałam, wiedziałam tylko ja.

Młodych nauczycieli oceniano ostro, patrząc na ich predyspozycje potrzebne do wykonywania tego trudnego i odpowiedzialnego zawodu. Z wieloma młodymi kolegami we wrześniu następnego roku już się niestety nie spotkaliśmy.

Kiedyś młodzi i piękni, dzisiaj babcie i dziadkowie. Wszystkim moim profesorom, dzięki którym tak wiele w życiu zrozumiałam dedykuję mój skromny wiersz:

Pokolenia

Jesień zrzuciła pierwsze liście,

Orzechów brązy pokryły ziemię.

Chodzę i patrzę dookoła.

W ogrodzie snuje się wspomnienie.

Ławeczka tutaj stała przecież

W promieniach zachodzącego słońca

I ojciec z matką, pochyleni, widzieli rozmowy tu bez końca.

Mgiełka zasnuwa drobne krzaki,

Pajączki przędą nić srebrzystą,

A tatko idzie smutny taki,

Dlaczego szybko mija wszystko?

Matka kopaczkę wbija w ziemię,

Kopie, wyrywa stare chwasty,

Cieszy się każdym drobnym kwiatem

W bukiet układa wielkie astry.

 

W ogrodzie moim mrówki kopią

Kopiec ogromny pod niebiosa,

Hortensja piękna już wyrosła

I słonko kąpie się we wrzosach.

 

Malutką rączkę ściskam w dłoni,

Serduszko małe bije mocno:

„Babusia, ciemu ślimakowi

te duże rośki ciągle rośną?”

Moim uczniom, którzy przez wszystkie lata pracy pedagogicznej wprawiali mnie w świat młodości i radości dedykuję te kilka słów:

15- latka

gdy dziewczyna ma 15 lat

piękny dla niej jest nasz trudny świat.

Na przepięknej główce loków burza,

Słotna jesień ją także oburza.

Mądrość, miłość ma swój wielki cel

I Paola pisze się z dwa „l”.

Drąży myśl się o Kubie Sokole

Czy przytulił ją wczoraj po szkole.

„Mam chłopaka”, mówi „proszę pani

I tak bardzo zależy mi na nim.

On muzyki słucha „od kaczuszki”

Ja mam syndrom niebieskiej pieluszki.”

Męczy myśl ją o pierwszej szpileczce

Porzuconej na trochę laleczce.

„Proszę pani, proszę pani, nowina”

od drzwi do mnie w te słowa zaczyna.

Rzucam okiem na nogi dzieweczki

Ma te swoje, wymarzone szpileczki,

Promieniuje uśmiech dookoła

W nich pobiegnie go Kuby Sokoła

 

* * *

 

Moje pierwsze szpileczki wspominam

Były białe jak czysta dziewczyna

Przez park biegłam ja zimowa zawieja

Do mojego kochanego Andrzeja.

  1. Serdecznie dziękuję za pamięć i przemiły telefon. Mam nadzieję, że spotkamy się we wrześniu. Z poważaniem Bogusława Wacowska (uczennica i nauczycielka naszego Liceum).

Trochę trudno pogodzić mi się, że już nie spotkamy się na żadnym „ziemskim” zjeździe…. (R.W.)

Niżej z tej samej książki wspomnienia uczniów:

RYSZARD WIĘCEK rocznik matury ’75.

(…)

Język rosyjski starała się nam przybliżyć pani prof. B. Wacowska. Nie miałem większych problemów z tym językiem. Problem miałem z ocenami. Jakoś nie widziałem większej potrzeby zgłębiania zawiłości cyrylicy. Koniec końców – dostateczny na świadectwie, i to jeszcze z problemami, zdawaniem; pani prof. „nie popuściła” niczego – był wiersz na pamięć – to był. Ale dziś dziękuję pani prof. za te udręki. Podczas studiów miałem lektorat z tego języka i wierzcie mi: od początku do końca miałem tylko pozytywne oceny. Paręnaście razy w życiu ten język bardzo mi się przydał. Jeszcze raz pani prof. dziękuję!

(…)

BOGUSŁAWA KNAPIAK (Gruszka) rocznik matury ’77.

(…)

W pierwszej klasie nasza Wychowawczyni Bogumiła Wacowska – rusycystka – zaproponowała nam uszycie na ciepłe dni jednakowych bluzek z krótkim rękawem i powstały białe bluzki w ciemnoniebieskie kropki.

Przełomem w ubiorach szkolnych, chyba w czwartej klasie, było uzgodnienie samorządu uczniowskiego z dyrektorem szkoły jednego „dnia kolorowego” w tygodniu. Przez cztery dni w tygodniu obowiązywał strój czarno-granatowo-biały a w jeden dzień (dla wszystkich ten sam) nie było ograniczeń. Oczywiście ograniczeń w kolorze, nadal bowiem strój musiał być schludny, skromny, bez obecnych „golizn i prowokacji”.

(…)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *